*Harry's PO.V*
Po kilkunastu minutach zatrzymałem pojazd na szpitalnym parkingu. Wybiegłem z samochodu. Otworzyłem drzwi. Wziąłem Georgie na ręce. Szybkim krokiem podążyłem do szpitalnych drzwi. Pielęgniarka, która zauważyła mnie w drzwiach w pośpiechu chwyciła wózek inwalidzki i podeszła do nas. Posadziłem chudą dziewczynę na wózku.
- Co się stało ? - padło pytanie, którego się spodziewałem, ale nie wymyśliłem dobrego kłamstwa. Musiałem coś wymyślić szybko. Jeśli powiedziałbym prawdę byłoby o wiele gorzej. Jeśli zacząłbym kręcić wina spadłaby na mnie. - Przepraszam ... - głos dojrzałej pielęgniarki wyrwał mnie z zamyślenia.
Kurwa.
Zaklnąłem w myślach.
- Am ... - zawahałem się. Czemu nic nie przychodzi mi na myśl? Zawsze umiałem kłamać. Byłem w tym całkiem dobry. Teraz, kiedy jest konieczność mój umysł zaprotestował.
- Jest pan za bardzo roztrzęsiony żeby coś powiedzieć. - powiedziała. Przytaknąłem głową. - Usiądź i poczekaj na wieści od lekarza. Jeśli kość nie została naruszona skończy się tylko na szyciu. - powiadomiła mnie kobieta o irytująco dużych ustach, które dodatkowo pokryte były czerwoną szminką. Usiadłem na plastikowym krześle obok ściany. Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Przewinąłem kontakty i wybrałem numer Louis'a. Wstałem z krzesła i wyszedłem na zewnątrz. Po kilku sygnałach odebrał.
- Co jest? - powiedział spokojnym głosem.
- Czy was już do końca pojebało?! - wysyczałem przez zaciśniętą szczękę.
- Wyluzuj... -
- Ja miałem się nią zająć ! -
- Słabo sobie z tym poradziłeś. - zaśmiał się Lou.
- To nie powód żeby nasyłać na nią Jake'a. -
- Co? Nikt tego nie zrobił. -
- Jestem z nią w szpitalu. - idiota. Wcisnąłem czerwoną słuchawkę. Ktoś szturchnął moje ramię.
- To pan przyjechał z dziewczyną. Rana w nodze ... - wysoki mężczyzna. Był wyraźnie zmęczony i znudzony swoją pracą. Kto by nie był? Miał trzydniowy zarost, który podkreślał podkrążone oczy.
- Tak. Chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Co z nią? - zapytałem.
- Na szczęście ostrze nie uszkodziło kości. Za kilka minut lekarz zakończy szycie. Proszę na nią zaczekać. - przytaknąłem ruchem głowy.
Dobrze że tylko na tym się skończyło, inaczej wyszłoby z tego jeszcze większe gówno. Wróciłem do środka szpitala. Usiadłem na moim poprzednim miejscu. Oparłem się łokcie na moich udach. Nerwowo zacząłem bawić się kolczykiem w mojej wardze. Po chwili z pokoju na końcu długiego korytarza wyszła blada Georgia z obciętą nogawką spodni. Miała szczelnie zabandażowaną nogę. Delikatnie kuśtykała.
- Z twojej chusty już nic nie będzie. - spojrzała na mnie. Przytaknąłem. Jak mam się zachować? Przez ten jeden dzień starałem się być dla niej miły tylko dlatego żeby nie wydała nas policji. Jestem chamem. Cóż... Nikt tego nie zmieni. Jestem mordercą, kryminalistą. Mam każdą dziewczynę, którą chce. Robię z nią co tylko chce.
Jesteś mordercą, zachowuj się.
Skarciłem się w myślach.
Odwróciłem się od niej i szybkim krokiem udałem się do drzwi. Georgia stała na swoim poprzednim miejscu. Zatrzymałem się przy pustej recepcji. Spojrzałem na nią.
- Rusz się jeśli chcesz żebym cię odwiózł. -
*Georgia's PO.V*
Momentalnie stał się zły. Jakby za dotknięciem jakiejś czarodziejskiej różdżki. Ruszyłam na nim posłusznie. Poszłabym na pieszo, ale ból nogi mi na to nie pozwalał. Dotarłam do samochodu i usiadłam na miejscu pasażera. Niechcący za mocno trzasnęłam drzwiami. Skrzywiłam się na ten huk.
- Nie jesteś, kurwa, w swoim samochodzie. - skracił mnie wyjeżdżając z parkingu.
- Przepraszam... - bałam się nawet na niego spojrzeć. Nie odrywał wzroku z drogi. Reszta naszej jazdy odbyła się w ciszy. Zresztą z korzyścią dla obu stron. Gwałtownie zatrzymał się na podjeździe. Wysiadłam bez słowa. Tym razem delikatnie zamknęłam drzwi. Wolnym krokiem dotarłam do drzwi mojego domu. Chwyciłam za klamkę, pociągnęłam do siebie. Ani drgnęły. Na prawdę? W tym momencie? Zadzwoniłam dzwonkiem. Oparłam głowę o framugę. Po jakimś czasie drzwi otwarła mi Michelle.
- Cze ... - zatrzymała się, kiedy zobaczyła moje obcięte spodnie. - Co się do cholery stało?! - wpuściła mnie do wnętrza.
- Nie chce o tym teraz rozmawiać. - powiedziałam. - Jestem wycięczona. -
- Rozumiem. Idź do siebie. - powiedziała, skręcając do kuchni.
- Michelle. - zatrzymałam ją.
- Tak?-
- Nie mów reszcie. Proszę. - przytaknęłam ruchem głowy. Właściwie to gdzie jest reszta? Nie ważne... Ruszyłam w miarę możliwości szybkim krokiem na górę, do mojego pokoju. Od razu otwarłam szafę. Wyjęłam nowe czarne spodnie. Ściągnęłam poprzednie i naciągnęłam czarne rurki na nogi. Wrzuciłam obcięte spodnie na tył szafy. Podeszłam do okna. Usiadłam na parapecie. Spojrzałam na dom naszej wścibskiej sąsiadki. Stała w oknie wpatrując się we mnie. Na prawdę nasze życie jest takie interesujące że nie można sobie spokojnie usiąść w oknie? Mam jej już dość. Zaśmiałam się i wystawiłam jej środkowy palec. Nie ruszyła się.
Ugh.
- Georgia . - do pokoju weszła Lorry. Odwróciłam się w jej stronę. Podeszła i usiadła obok mnie.
- Co z Samem? - zapytałam.
- Nie najlepiej. Nadal chce tam wrócić i spotkać się z siostrą. Myślisz że ona żyje? -
- Żartujesz? Ty też wierzysz Bethany? -
- Nie. Ale po prostu... -
- Zastanów się. Zaginęła kilka lat temu. Nie możliwe że ktoś ją przetrzymuje. Policja by ją znalazła. Nie ma opcji. -
- Ja zrobię więcej niż tutejsza policja. Ciało Drew'a znaleźli po pięciu latach. Nie bardzo im ufam. - zaśmiała się.
- Boję się o stan psychiczny Sama. Musimy odseparować go od otoczenia przez kilka dni. - przytaknęła mi ruchem głowy.
- Jak ta świruska wychodzi z tego ośrodka. Tam jest mnóstwo kamer. -
- A kto przegląda te kamery? -
- Najprawdopodobniej nikt. - zaśmiała się. Oparłam głowę o szybę. - Chodź na balkon. - wyjęła z kieszeni bluzy paczkę papierosów. Pokiwałam twierdzącą głową. Zeskoczyłam z parapetu, po czym podeszłam do dużych szklanych drzwi w moim pokoju, które prowadziły na niewielki balkon. Wyszłyśmy na chłodno powietrze. Wzięłam od niej jednego miętowego papierosa i włożyłam do ust. Zapaliłam go i zaciągnęłam się. Wypuściłam duży kłęb dymu. Lorry zrobiła to samo. Powtarzałyśmy kilka razy te czynności dopóki że nie skończył się papieros. Wrzuciłam niedopałek do starej puszki po orzeszkach. Wróciłam do mojego ciemnego pokoju.
- Chyba się prześpię. - oznajmiłam. Lorry przytaknęła ruchem głowy. Wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Położyłam się na łóżko, okrywając kocem. Ułożyłam się na boku, twarzą do okna. Wlepiłam wzrok w granatowe niebo. Takie nieskazitelne. Bez końca. Jak wspomnienia. Wszystko się kończy. Pozostawiając wspomnienia, które nigdy nie umrą. Zawsze pozostanie po nich ślad. Na ciele. Na psychice.
*Harry's PO.V"
Siedziałem na skórzanej kanapie w domu mojego kumpla. Jakaś blondynka siedziała mi na kolanach. Jestem otłumaniony przez alkohol i narkotyki. Jebane zioło.
- Harry. - Zayn zawołał na mnie. Odwróciłem twarz w jego stronę. Chłopak stał przede mną z ręką wystawioną w moim kierunki, a w niej kolejny kieliszek wódki. Wziąłem to od niego. Wlałem jego zawartość do ust. Ciesz spłynęła po moim gardle powodując lekkie pieczenie. Dziewczyna wstała, po czym ponownie na mnie usiadła. Okrakiem. Kim do cholery jest ta szamata? Już ją pieprzyłem czy dopiero mam taki zamiar? Nie wiem co się dzieje. Nachyliła się i złożyła pocałunek na moich ustach. Odwzajemniłem pocałunek. Zacząłem ją namiętnie całować, po czym nasze całowanie zamieniło się w brutalną walkę naszych języków. Odsunąłem się od niej. Zsunąłem ją z kolan. Otrzepałem spodnie, co nie było najlepszym pomysłem. Zachwiałem się. W ostatnim momencie chwyciłem się framugi drzwi.
- Ooo stary - zaśmiał się Liam, zaciągając sie jointem.
- Spierdalaj.- skarciłem go. Stanąłem na równych nogach. - Jadę do domu. - postanowiłem,śmiejąc się. Louis chwycił moje ramię. Dzisiaj wyjątkowo był najbardziej trzeżwy z nas wszystkich.
- Nie dasz rady jechać w tym stanie. - powiedział.
- Od kiedy kurwa możesz wydawać mi rozkazy? Pierwszy raz się nie zajebałeś. - rzuciłem, wychodząc. Pulsujący ból w mojej głowie nie pomagał. Mój żołądek ściskał się powodując mdłości. Wyszedłem na świeże powietrze. Podszedłem do samochodu. Wyjąłem kluczyki z tylniej kieszeni moich spodni. Chciałem włożyć go do dziurki. Kurwa. Nie trafię. Jebany kluczyk. Przecież mogę zacisnąć guzik i otworzyć go automatycznie. Wsiadłem do samochodu. Usiadłem na miejscu kierowcy i wziąłem głęboki oddech.
Jebany alkohol.
Lepszym pomysłem będzie jak się przejdę. Trochę wytrzeźwieje. Gdybym wsiadł za kierownicę za pewne skończyłoby się kupnem nowego samochodu i pobytem w szpitalu.
Wysiadłem z samochodu i zatrzasnąłem drzwi. Włożyłem ręce do kieszeni w kurtce i ruszyłem przed siebie. Moje nogi nie były tak stabilne jak zwykle. Lekko się chwiałem i obraz nie był wyraźny Przed znakiem stopu, skręciłem w prawo. Chociaż byłem pijany dobrze wiedziałem gdzie się kieruję....
*Georgia's POV*
Nie mogłam zasnąć.
Odkryłam moje ciało, po czym wstałam. Wzdrygnęłam się kiedy moje stopy zetknęły się z zimnymi panelami. Narzuciłam na siebie bluzę i wyszłam na balkon. Usiadłam na wiklinowym krześle. Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej, oplatając je ramionami.
Po chwili usłyszałam szemranie na dole. Wstałam. Chwyciłam się barierki i nachyliłam się. Na dole stał chłopak ledwo trzymający się na nogach.
Po chwili spojrzał w górę.
Harry.
wtorek, 3 lutego 2015
niedziela, 1 lutego 2015
Rozdział 3.
Otworzyłam duże drzwi. Weszłam do wnętrza budynku. W środku było chłodno. W kącie stał prawie zwiędły kwiat w glinianej doniczce, obok niego znajdowała się drewniana ławeczka a nad nią ogromny obraz; widok na duże lazurowe jezioro. Na przeciwko znajdowała się recepcja. Za drewnianym blatem stała pulchna kobieta, o poszarzałych włosach. Jej wiek spowodował powstanie kilku zmarszczek wokół oczu i ust. Na jej policzkach, nosie i dekolcie rozsypane były piegi. Spojrzała na nas spod okularów. Podeszłam do niej.
- Słucham ? - położyła dziennik wizyt na blacie.
- Czy widziała pani dzisiaj tutaj chłopaka, średniego wzrostu ... -
- Przychodzi tutaj dużo chłopaków, nie mogę pani pomóc. - przerwała mi.
- Prawdopodobnie był w towarzystwie Bethany Young - powiedziałam. Zaśmiała się. Zmarszczyłam brwi, po chwili jej śmiech zamienił się w rechot. Spojrzałam zza ramienia na moich przyjaciół. Tylko wzruszyli ramionami. Powróciłam wzrokiem do kobiety. Wzięłam głęboki wdech zaciskając powieki, po chwili wypuściłam powietrze.
- Mogłaby się pani łaskawie uspokoić?! - nachyliłam się i chwyciłam ją na biały fartuch lekarski i pociągnęłam do siebie. - Nasz przyjaciel spotkał się z Bethany wczoraj, wyszedł z nią po czym nie wrócił! Potrzebowałam tylko krótkiej, treściwej odpowiedzi! - Max chwycił mnie od tyłu i zaczął ciągnąć. - Zamknijcie w końcu tą wariatkę ! - krzyknęłam, po czym Max wyciągnął mnie na dwór. Stanęłam na nogach.
- Co ty do cholery wyprawiasz ?! Pogarszasz sytuacje.- wykrzyknął Max. - Sam to załatwię! Bo za nim ty zrobisz cokolwiek pożytecznego to Bethany coś mu zrobi. - wyrzucił ręce w powietrze, po czym chwycił się za czoło, głęboko oddychając.
- Poniosło mnie... -
- Poniosło? Prawie ją zabiłaś ! - skierował się do samochodu. Otworzył drzwi i wsunął się do pojazdu.
- Nie martw się. Wiem że chciałaś dobrze. - Victoria otuliła mnie jej chudymi ramionami. - Wiesz jak jest Maxy. Przejdzie mu. - uderzył w klakson, który spowodował ogromny huk. Wzdrygnęłam się. Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem. - Lepiej chodźmy, zanim nas rozjedzie. - powiedziała Vicky. Podążałam za nią do samochodu. Tym razem dla bezpieczeństwa usiadłam na tylnym siedzeniu. Zapięłam pas. Max wsunął kluczyk do stacyjki i odpalił silnik. Ruszyliśmy z piskiem opon. Wyjechaliśmy na główną ulicę.
- Gdzie teraz ? - Victoria przerwała ciszę. Max wzruszył ramionami. Znowu na kilka minut zapadła cisza, którą przerwał dźwięk mojego dzwoniącego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Przychodzące połączenie od Lorry. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo ? -
- Gdzie jesteś?! - zapytała roztrzęsionym głosem. - Znalazłam Sama! - krzyknęła. - Przyjedź na Stanset Road. Szybko. - powiedziała rozłączając się.
- Lorry ma Maxa. Stanset Road. - powiedziałam. Max gwałtownie zahamował co spowodowało pociągnięcie mojego ciała do przodu. Potem skręcił na czyiś podjazd. Nakręcił i wjechał na przeciwny pas drogi. Jechał z dużą prędkością. 120km/h.
- Zwolnij! Zanim do niego dojedziemy zgarnie nas policja, idioto! - krzyknęła na niego Victoria. Max zaczął momentalnie zwalniać.
Po kilkunastu minutach jazdy w ciszy dotarliśmy na miejsce. Wysiadłam z samochodu, po czym zaczęłam biec. Ogromny budynek. Wbiegłam do środka. Wyglądał jak stara, opuszczona fabryka lodów.
- LORRY ! - krzyknęłam. Mój głos odbił się od ścian, powodując echo. Biegłam dalej. Tupot moich stóp roznosił się po całym wielkim pomieszczeniu. Za mną biegła Victoria, a Max piął się schodami na drugie piętro. - Lorry! - zawołałam ponownie. Odpowiedział mi wyłącznie mój głos odbijający się od gipsowych ścian. Zatrzymałam się. - Słyszysz? - szepnęłam do Vicky. - Tędy. - skręciłam w prawo.
- Sam. Chodź ze mną. - usłyszałam ciche głosy. Przebiegłam jeszcze kilkanaście metrów i głosy stały się głośniejsze. - Ona tu przyjdzie. Obiecała. - otwarłam drzwi. Moim oczom ukazała się Lorry klęcząca przy Samie. Chłopak siedział na ziemi, z twarzą w dłoniach. Zatrzasnęłam metalowe drzwi, wtedy ich twarze skierowały się na nasze postacie. Po chwili do wnętrza wszedł Max.
- Zostaw otwarte drzwi. Gdzieś tutaj jest jakaś dziewczyna. - wyszeptała Lorry. Podeszłam do Sama. Uklęknęłam przed nim.
- Sam. - zaczęłam. Nie zmienił swojej pozycji. - Popatrz na mnie. - podniósł głowę, spojrzał mnie swoimi nieziemsko niebieskimi oczami. - Kto tutaj na ciebie czeka? - zapytałam spokojnie.
- Symphtony. - powiedział, uśmiechając się bez wyrazu. Co się mu stało?
- Sam ... Twoja siostra nie żyje od kilku lat, musimy się z tym pogodzić. - chwyciłam jego dłonie. - Słyszysz? -
- Przesuń się. - popchnął mnie Max. Przewróciłam się. Spojrzałam na niego pytająco, ale on odwrócił wzrok. Chwycił go za koszulkę i podniósł do góry. - Stary, co ona ci zrobiła?! Obudź się, wróć do siebie! - potrząsnął nim. - Sam! Pomożemy Ci!! Słyszysz? Ona nie żyje i musisz się z tym pogodzić. - krzyczał na niego. Żadne z nas mu nie przeszkadzało, ponieważ musieliśmy zrobić wszystko żeby się pozbierał. Max spojrzał na nas. - Spróbuje czegoś jeszcze ... - powiedział. - Symphtony i tak była szmatą. - zwrócił się do Sama. Sam zaśmiał się, po czym zaciśniętą pięścią uderzył Maxa w szczękę. Zakryłam usta dłonią. Chłopak upadł na ziemię, łapiąc się za obolałe miejsce.
- Nie mów tak o niej, może cię usłyszeć i obrazi się. - Sam usiadł na poprzednim miejscu.
- Jak znajdę tą szmatę, Bethany to nie wiem co jej zrobię. - warknęła Victoria nerwowo obgryzając paznokcie.
- Sam, wstawaj! - chwyciłam jego ramię. Posłusznie wstał. - Jedziemy do domu. -
- Nie! Muszę na nią zaczekać. - zaprotestował.
- Symphtony przyjdzie do nas jutro. - powiedziałam, chłopak delikatnie przytaknął głową. Wszyscy zrobili to samo i wyszliśmy z tego dziwnego budynku. Zaprowadziłam Sama do samochodu. Lorry, Sam i Vicky usiedli na tylnych siedzeniach. Ja usiadłam z przodu na miejscu pasażera. Max usiadł za kierownicą. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, wrzucił bieg i ruszył. Jechaliśmy kilkanaście minut w zupełnej ciszy. Tak jakby każdy bał się cokolwiek powiedzieć. Urazić Sama, albo poruszyć coś co zmieniłoby zdanie naszego przyjaciela i mógłby zrobić różne dziwne rzeczy co było bardzo prawdopodobne. Nie wiedzieliśmy co ta psychopatka mu zrobiła. Jego zachowanie było zupełne inne niż zazwyczaj. Sam był zawsze wesoły, optymistyczny, mógł mieć każdą dziewczynę. Był imprezowym zwierzęciem. Weekend bez imprezy to nie weekend, według Sama. Każde jego wyjście kończyło się przyjściem kompletnie pijanym w towarzystwie jakieś nieodpowiedzialnej małolaty, po czym do białego rana było słychać odgłosy z jego sypialni. Standard. Teraz nie wie co ze sobą zrobić. Robi i mówi co powie mu Bethany. Zmienił się. Kiedy Bethany zaczęła nas odwiedzać on pierwszy odradzał nam widywania się z nią.
Dotarliśmy do domu. Wysiadłam z samochodu. Narzuciłam kurtkę na plecy. Zrobiło się chłodno i ciemno.
- Może ktoś skoczyłby po jakieś piwo? - zaproponował Max zamykając samochód.
- To ja pójdę. - powiedziałam. Chłopak podszedł do mnie i podał mi gotówkę. Pokiwałam głową i wycofałam się. Szłam chodnikiem. Lampy na ulice zaświeciły się żółtym światłem. Szłam prosto. Docierałam do ciemnej uliczki. Nie denerwowałam się, ponieważ omijałam ją. Po chwili poczułam ucisk na nadgarstku. Chciałam krzyknąć, ale KTOŚ zakrył mi usta dużą dłonią. Na pewno był to mężczyzna. Wciągnął mnie do ciemnego zaułka. Przyparł do ściany. Jedyne co mogłam zobaczyć do dłuższe ciemne włosy i duży nos.
- Widziałaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. - wysyczał. Jego głos był głeboki, niski, ochrypły jakby dopiero sie obudził i kompletnie mi nieznany. - Harry nie poradził sobie z pozbyciem się ciebie. Jesteś dla nas zagrożeniem skarbie. - przejechał jedną dłonią po moim policzku, drugą nadal mocno trzymał moje usta. Zacisnęłam powieki, w celu pohamowania szlochu. Wyjął coś z kieszeni. Coś metalowego bo mieniło się w słabym świetle, który docierał z głównej ulicy. Nóż. Moje ciało zaczęło drżeć. Pokiwałam przecząco głową, płacząc. Łzy lały się moich oczu strumieniami. Nie mogłam tego powstrzymać. Już po mnie. Wydałam cichy odgłos przez zaciśnięte usta.
- Cii ... - uspokoił mnie. Przywarł swoim ciałem do mojego. Chciałam się uwolnić, ale trzymał moje nogi między swoimi uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. - Zobaczyłaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. Był tak blisko że poczułam jego oddech przesiąknięty mieszkanką piwa i papierosów. Ohyda. Ucisk na nożu zacisnął się. Wbił mi go w udo. Moje ciało przeszedł paraliżujący ból. Osunęłam się. Nie mogłam złapać powietrza. Pozwolił mi opaść na ziemie. Materiał moich spodni przesiąknął czerwoną cieczą, która wydobywała się z rany. Chciałam krzyknąć, ale każde słowo, które chciałam wypowiedzieć pozostawało mi w gardle. Nie powstrzymywałam łez. Przykucnął koło mnie. Zaśmiał się. Po chwili za nim pojawił się jakiś cień. Albo mi się wydawało. Byłam otłumaniona bólem. Po chwili wydobył się huk. Miałam za mało siły żeby zareagować. Mój oprawca padł na ziemię. Z ciemności wyłoniła się postać. Klęknął przy mnie. Schował rewolwer za pasek spodni. Mozolnie odwróciłam twarz w jego stronę. Światło latarni padało tak że jego twarz była ciemna. I tak cały obraz był zamazany, dostrzegłam tylko loki.
- Ha... - zakrztusiłam się. Obraz zamazał się. Po chwili ogarnęła mnie ciemność.
* Harry's PO.V*
Zemdlała. Położyłem ją na zimnym betonie. Na równej powierzchni. Rozerwałem do końca materiał jej spodni. Jest taka bezbronna i chuda. Zdjąłem chustkę z głowy. Owinąłem nią jej chude udo i mocno zacisnąłem żeby zatamować krwawienie. Muszę jej zrobić sztuczne oddychanie. Położyłem jej dłonie na klatce piersiowej i zacząłem uciskać. Kilka razy. Potem zbliżyłem usta do jej i zacząłem wdmuchiwać powietrze do wnętrza jej ust. Powtórzyłem kilka razy te czynności, aż w końcu otworzyła oczy. Moje ciało ogarnęła ulga. Odetchnąłem głęboko. Udało mi się.
- Harry ... - zaczęła.
- Cii ... Nic nie mów. Nie bój się nie skrzywdzę cie. - powiedziałem. Włożyłem rękę pod jej żebra, a drugą pod kolana. Delikatnie ją podniosłem. Krew wydobywająca się z jej rany przesiąkła przez materiał chusty i zaczęła przesiąkać przez moją koszulę. Jej delikatne ciało bezwładnie spoczywało na moich rękach. Jest taka bezbronna, chuda.
- Zabiorę Cię do szpitala - oznajmiłem, spoglądając na nią. Z braku siły nie mogła mi przytaknąć.Oparłem jej ciało o moje, przytrzymując ją jedną ręką, a drugą otwierając drzwi. Posadziłem ją na miejscu pasażera. Szybko obiegłem samochód, po czym usiadłem na miejscu kierowcy. Odpaliłem silnik, po czym szybko wyjechałem na główną ulicę.
- Harry ... - zaczęła.
- Tak? - spoglądnąłem na nią kątem oka.
- Dziękuje . - wyszeptała, wymuszając uśmiech.
- W porządku. - wyszeptałem. Przyspieszając prędkość samochodu.
- Słucham ? - położyła dziennik wizyt na blacie.
- Czy widziała pani dzisiaj tutaj chłopaka, średniego wzrostu ... -
- Przychodzi tutaj dużo chłopaków, nie mogę pani pomóc. - przerwała mi.
- Prawdopodobnie był w towarzystwie Bethany Young - powiedziałam. Zaśmiała się. Zmarszczyłam brwi, po chwili jej śmiech zamienił się w rechot. Spojrzałam zza ramienia na moich przyjaciół. Tylko wzruszyli ramionami. Powróciłam wzrokiem do kobiety. Wzięłam głęboki wdech zaciskając powieki, po chwili wypuściłam powietrze.
- Mogłaby się pani łaskawie uspokoić?! - nachyliłam się i chwyciłam ją na biały fartuch lekarski i pociągnęłam do siebie. - Nasz przyjaciel spotkał się z Bethany wczoraj, wyszedł z nią po czym nie wrócił! Potrzebowałam tylko krótkiej, treściwej odpowiedzi! - Max chwycił mnie od tyłu i zaczął ciągnąć. - Zamknijcie w końcu tą wariatkę ! - krzyknęłam, po czym Max wyciągnął mnie na dwór. Stanęłam na nogach.
- Co ty do cholery wyprawiasz ?! Pogarszasz sytuacje.- wykrzyknął Max. - Sam to załatwię! Bo za nim ty zrobisz cokolwiek pożytecznego to Bethany coś mu zrobi. - wyrzucił ręce w powietrze, po czym chwycił się za czoło, głęboko oddychając.
- Poniosło mnie... -
- Poniosło? Prawie ją zabiłaś ! - skierował się do samochodu. Otworzył drzwi i wsunął się do pojazdu.
- Nie martw się. Wiem że chciałaś dobrze. - Victoria otuliła mnie jej chudymi ramionami. - Wiesz jak jest Maxy. Przejdzie mu. - uderzył w klakson, który spowodował ogromny huk. Wzdrygnęłam się. Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem. - Lepiej chodźmy, zanim nas rozjedzie. - powiedziała Vicky. Podążałam za nią do samochodu. Tym razem dla bezpieczeństwa usiadłam na tylnym siedzeniu. Zapięłam pas. Max wsunął kluczyk do stacyjki i odpalił silnik. Ruszyliśmy z piskiem opon. Wyjechaliśmy na główną ulicę.
- Gdzie teraz ? - Victoria przerwała ciszę. Max wzruszył ramionami. Znowu na kilka minut zapadła cisza, którą przerwał dźwięk mojego dzwoniącego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Przychodzące połączenie od Lorry. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo ? -
- Gdzie jesteś?! - zapytała roztrzęsionym głosem. - Znalazłam Sama! - krzyknęła. - Przyjedź na Stanset Road. Szybko. - powiedziała rozłączając się.
- Lorry ma Maxa. Stanset Road. - powiedziałam. Max gwałtownie zahamował co spowodowało pociągnięcie mojego ciała do przodu. Potem skręcił na czyiś podjazd. Nakręcił i wjechał na przeciwny pas drogi. Jechał z dużą prędkością. 120km/h.
- Zwolnij! Zanim do niego dojedziemy zgarnie nas policja, idioto! - krzyknęła na niego Victoria. Max zaczął momentalnie zwalniać.
Po kilkunastu minutach jazdy w ciszy dotarliśmy na miejsce. Wysiadłam z samochodu, po czym zaczęłam biec. Ogromny budynek. Wbiegłam do środka. Wyglądał jak stara, opuszczona fabryka lodów.
- LORRY ! - krzyknęłam. Mój głos odbił się od ścian, powodując echo. Biegłam dalej. Tupot moich stóp roznosił się po całym wielkim pomieszczeniu. Za mną biegła Victoria, a Max piął się schodami na drugie piętro. - Lorry! - zawołałam ponownie. Odpowiedział mi wyłącznie mój głos odbijający się od gipsowych ścian. Zatrzymałam się. - Słyszysz? - szepnęłam do Vicky. - Tędy. - skręciłam w prawo.
- Sam. Chodź ze mną. - usłyszałam ciche głosy. Przebiegłam jeszcze kilkanaście metrów i głosy stały się głośniejsze. - Ona tu przyjdzie. Obiecała. - otwarłam drzwi. Moim oczom ukazała się Lorry klęcząca przy Samie. Chłopak siedział na ziemi, z twarzą w dłoniach. Zatrzasnęłam metalowe drzwi, wtedy ich twarze skierowały się na nasze postacie. Po chwili do wnętrza wszedł Max.
- Zostaw otwarte drzwi. Gdzieś tutaj jest jakaś dziewczyna. - wyszeptała Lorry. Podeszłam do Sama. Uklęknęłam przed nim.
- Sam. - zaczęłam. Nie zmienił swojej pozycji. - Popatrz na mnie. - podniósł głowę, spojrzał mnie swoimi nieziemsko niebieskimi oczami. - Kto tutaj na ciebie czeka? - zapytałam spokojnie.
- Symphtony. - powiedział, uśmiechając się bez wyrazu. Co się mu stało?
- Sam ... Twoja siostra nie żyje od kilku lat, musimy się z tym pogodzić. - chwyciłam jego dłonie. - Słyszysz? -
- Przesuń się. - popchnął mnie Max. Przewróciłam się. Spojrzałam na niego pytająco, ale on odwrócił wzrok. Chwycił go za koszulkę i podniósł do góry. - Stary, co ona ci zrobiła?! Obudź się, wróć do siebie! - potrząsnął nim. - Sam! Pomożemy Ci!! Słyszysz? Ona nie żyje i musisz się z tym pogodzić. - krzyczał na niego. Żadne z nas mu nie przeszkadzało, ponieważ musieliśmy zrobić wszystko żeby się pozbierał. Max spojrzał na nas. - Spróbuje czegoś jeszcze ... - powiedział. - Symphtony i tak była szmatą. - zwrócił się do Sama. Sam zaśmiał się, po czym zaciśniętą pięścią uderzył Maxa w szczękę. Zakryłam usta dłonią. Chłopak upadł na ziemię, łapiąc się za obolałe miejsce.
- Nie mów tak o niej, może cię usłyszeć i obrazi się. - Sam usiadł na poprzednim miejscu.
- Jak znajdę tą szmatę, Bethany to nie wiem co jej zrobię. - warknęła Victoria nerwowo obgryzając paznokcie.
- Sam, wstawaj! - chwyciłam jego ramię. Posłusznie wstał. - Jedziemy do domu. -
- Nie! Muszę na nią zaczekać. - zaprotestował.
- Symphtony przyjdzie do nas jutro. - powiedziałam, chłopak delikatnie przytaknął głową. Wszyscy zrobili to samo i wyszliśmy z tego dziwnego budynku. Zaprowadziłam Sama do samochodu. Lorry, Sam i Vicky usiedli na tylnych siedzeniach. Ja usiadłam z przodu na miejscu pasażera. Max usiadł za kierownicą. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, wrzucił bieg i ruszył. Jechaliśmy kilkanaście minut w zupełnej ciszy. Tak jakby każdy bał się cokolwiek powiedzieć. Urazić Sama, albo poruszyć coś co zmieniłoby zdanie naszego przyjaciela i mógłby zrobić różne dziwne rzeczy co było bardzo prawdopodobne. Nie wiedzieliśmy co ta psychopatka mu zrobiła. Jego zachowanie było zupełne inne niż zazwyczaj. Sam był zawsze wesoły, optymistyczny, mógł mieć każdą dziewczynę. Był imprezowym zwierzęciem. Weekend bez imprezy to nie weekend, według Sama. Każde jego wyjście kończyło się przyjściem kompletnie pijanym w towarzystwie jakieś nieodpowiedzialnej małolaty, po czym do białego rana było słychać odgłosy z jego sypialni. Standard. Teraz nie wie co ze sobą zrobić. Robi i mówi co powie mu Bethany. Zmienił się. Kiedy Bethany zaczęła nas odwiedzać on pierwszy odradzał nam widywania się z nią.
Dotarliśmy do domu. Wysiadłam z samochodu. Narzuciłam kurtkę na plecy. Zrobiło się chłodno i ciemno.
- Może ktoś skoczyłby po jakieś piwo? - zaproponował Max zamykając samochód.
- To ja pójdę. - powiedziałam. Chłopak podszedł do mnie i podał mi gotówkę. Pokiwałam głową i wycofałam się. Szłam chodnikiem. Lampy na ulice zaświeciły się żółtym światłem. Szłam prosto. Docierałam do ciemnej uliczki. Nie denerwowałam się, ponieważ omijałam ją. Po chwili poczułam ucisk na nadgarstku. Chciałam krzyknąć, ale KTOŚ zakrył mi usta dużą dłonią. Na pewno był to mężczyzna. Wciągnął mnie do ciemnego zaułka. Przyparł do ściany. Jedyne co mogłam zobaczyć do dłuższe ciemne włosy i duży nos.
- Widziałaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. - wysyczał. Jego głos był głeboki, niski, ochrypły jakby dopiero sie obudził i kompletnie mi nieznany. - Harry nie poradził sobie z pozbyciem się ciebie. Jesteś dla nas zagrożeniem skarbie. - przejechał jedną dłonią po moim policzku, drugą nadal mocno trzymał moje usta. Zacisnęłam powieki, w celu pohamowania szlochu. Wyjął coś z kieszeni. Coś metalowego bo mieniło się w słabym świetle, który docierał z głównej ulicy. Nóż. Moje ciało zaczęło drżeć. Pokiwałam przecząco głową, płacząc. Łzy lały się moich oczu strumieniami. Nie mogłam tego powstrzymać. Już po mnie. Wydałam cichy odgłos przez zaciśnięte usta.
- Cii ... - uspokoił mnie. Przywarł swoim ciałem do mojego. Chciałam się uwolnić, ale trzymał moje nogi między swoimi uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. - Zobaczyłaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. Był tak blisko że poczułam jego oddech przesiąknięty mieszkanką piwa i papierosów. Ohyda. Ucisk na nożu zacisnął się. Wbił mi go w udo. Moje ciało przeszedł paraliżujący ból. Osunęłam się. Nie mogłam złapać powietrza. Pozwolił mi opaść na ziemie. Materiał moich spodni przesiąknął czerwoną cieczą, która wydobywała się z rany. Chciałam krzyknąć, ale każde słowo, które chciałam wypowiedzieć pozostawało mi w gardle. Nie powstrzymywałam łez. Przykucnął koło mnie. Zaśmiał się. Po chwili za nim pojawił się jakiś cień. Albo mi się wydawało. Byłam otłumaniona bólem. Po chwili wydobył się huk. Miałam za mało siły żeby zareagować. Mój oprawca padł na ziemię. Z ciemności wyłoniła się postać. Klęknął przy mnie. Schował rewolwer za pasek spodni. Mozolnie odwróciłam twarz w jego stronę. Światło latarni padało tak że jego twarz była ciemna. I tak cały obraz był zamazany, dostrzegłam tylko loki.
- Ha... - zakrztusiłam się. Obraz zamazał się. Po chwili ogarnęła mnie ciemność.
* Harry's PO.V*
Zemdlała. Położyłem ją na zimnym betonie. Na równej powierzchni. Rozerwałem do końca materiał jej spodni. Jest taka bezbronna i chuda. Zdjąłem chustkę z głowy. Owinąłem nią jej chude udo i mocno zacisnąłem żeby zatamować krwawienie. Muszę jej zrobić sztuczne oddychanie. Położyłem jej dłonie na klatce piersiowej i zacząłem uciskać. Kilka razy. Potem zbliżyłem usta do jej i zacząłem wdmuchiwać powietrze do wnętrza jej ust. Powtórzyłem kilka razy te czynności, aż w końcu otworzyła oczy. Moje ciało ogarnęła ulga. Odetchnąłem głęboko. Udało mi się.
- Harry ... - zaczęła.
- Cii ... Nic nie mów. Nie bój się nie skrzywdzę cie. - powiedziałem. Włożyłem rękę pod jej żebra, a drugą pod kolana. Delikatnie ją podniosłem. Krew wydobywająca się z jej rany przesiąkła przez materiał chusty i zaczęła przesiąkać przez moją koszulę. Jej delikatne ciało bezwładnie spoczywało na moich rękach. Jest taka bezbronna, chuda.
- Zabiorę Cię do szpitala - oznajmiłem, spoglądając na nią. Z braku siły nie mogła mi przytaknąć.Oparłem jej ciało o moje, przytrzymując ją jedną ręką, a drugą otwierając drzwi. Posadziłem ją na miejscu pasażera. Szybko obiegłem samochód, po czym usiadłem na miejscu kierowcy. Odpaliłem silnik, po czym szybko wyjechałem na główną ulicę.
- Harry ... - zaczęła.
- Tak? - spoglądnąłem na nią kątem oka.
- Dziękuje . - wyszeptała, wymuszając uśmiech.
- W porządku. - wyszeptałem. Przyspieszając prędkość samochodu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)