*Harry's PO.V*
Po kilkunastu minutach zatrzymałem pojazd na szpitalnym parkingu. Wybiegłem z samochodu. Otworzyłem drzwi. Wziąłem Georgie na ręce. Szybkim krokiem podążyłem do szpitalnych drzwi. Pielęgniarka, która zauważyła mnie w drzwiach w pośpiechu chwyciła wózek inwalidzki i podeszła do nas. Posadziłem chudą dziewczynę na wózku.
- Co się stało ? - padło pytanie, którego się spodziewałem, ale nie wymyśliłem dobrego kłamstwa. Musiałem coś wymyślić szybko. Jeśli powiedziałbym prawdę byłoby o wiele gorzej. Jeśli zacząłbym kręcić wina spadłaby na mnie. - Przepraszam ... - głos dojrzałej pielęgniarki wyrwał mnie z zamyślenia.
Kurwa.
Zaklnąłem w myślach.
- Am ... - zawahałem się. Czemu nic nie przychodzi mi na myśl? Zawsze umiałem kłamać. Byłem w tym całkiem dobry. Teraz, kiedy jest konieczność mój umysł zaprotestował.
- Jest pan za bardzo roztrzęsiony żeby coś powiedzieć. - powiedziała. Przytaknąłem głową. - Usiądź i poczekaj na wieści od lekarza. Jeśli kość nie została naruszona skończy się tylko na szyciu. - powiadomiła mnie kobieta o irytująco dużych ustach, które dodatkowo pokryte były czerwoną szminką. Usiadłem na plastikowym krześle obok ściany. Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Przewinąłem kontakty i wybrałem numer Louis'a. Wstałem z krzesła i wyszedłem na zewnątrz. Po kilku sygnałach odebrał.
- Co jest? - powiedział spokojnym głosem.
- Czy was już do końca pojebało?! - wysyczałem przez zaciśniętą szczękę.
- Wyluzuj... -
- Ja miałem się nią zająć ! -
- Słabo sobie z tym poradziłeś. - zaśmiał się Lou.
- To nie powód żeby nasyłać na nią Jake'a. -
- Co? Nikt tego nie zrobił. -
- Jestem z nią w szpitalu. - idiota. Wcisnąłem czerwoną słuchawkę. Ktoś szturchnął moje ramię.
- To pan przyjechał z dziewczyną. Rana w nodze ... - wysoki mężczyzna. Był wyraźnie zmęczony i znudzony swoją pracą. Kto by nie był? Miał trzydniowy zarost, który podkreślał podkrążone oczy.
- Tak. Chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Co z nią? - zapytałem.
- Na szczęście ostrze nie uszkodziło kości. Za kilka minut lekarz zakończy szycie. Proszę na nią zaczekać. - przytaknąłem ruchem głowy.
Dobrze że tylko na tym się skończyło, inaczej wyszłoby z tego jeszcze większe gówno. Wróciłem do środka szpitala. Usiadłem na moim poprzednim miejscu. Oparłem się łokcie na moich udach. Nerwowo zacząłem bawić się kolczykiem w mojej wardze. Po chwili z pokoju na końcu długiego korytarza wyszła blada Georgia z obciętą nogawką spodni. Miała szczelnie zabandażowaną nogę. Delikatnie kuśtykała.
- Z twojej chusty już nic nie będzie. - spojrzała na mnie. Przytaknąłem. Jak mam się zachować? Przez ten jeden dzień starałem się być dla niej miły tylko dlatego żeby nie wydała nas policji. Jestem chamem. Cóż... Nikt tego nie zmieni. Jestem mordercą, kryminalistą. Mam każdą dziewczynę, którą chce. Robię z nią co tylko chce.
Jesteś mordercą, zachowuj się.
Skarciłem się w myślach.
Odwróciłem się od niej i szybkim krokiem udałem się do drzwi. Georgia stała na swoim poprzednim miejscu. Zatrzymałem się przy pustej recepcji. Spojrzałem na nią.
- Rusz się jeśli chcesz żebym cię odwiózł. -
*Georgia's PO.V*
Momentalnie stał się zły. Jakby za dotknięciem jakiejś czarodziejskiej różdżki. Ruszyłam na nim posłusznie. Poszłabym na pieszo, ale ból nogi mi na to nie pozwalał. Dotarłam do samochodu i usiadłam na miejscu pasażera. Niechcący za mocno trzasnęłam drzwiami. Skrzywiłam się na ten huk.
- Nie jesteś, kurwa, w swoim samochodzie. - skracił mnie wyjeżdżając z parkingu.
- Przepraszam... - bałam się nawet na niego spojrzeć. Nie odrywał wzroku z drogi. Reszta naszej jazdy odbyła się w ciszy. Zresztą z korzyścią dla obu stron. Gwałtownie zatrzymał się na podjeździe. Wysiadłam bez słowa. Tym razem delikatnie zamknęłam drzwi. Wolnym krokiem dotarłam do drzwi mojego domu. Chwyciłam za klamkę, pociągnęłam do siebie. Ani drgnęły. Na prawdę? W tym momencie? Zadzwoniłam dzwonkiem. Oparłam głowę o framugę. Po jakimś czasie drzwi otwarła mi Michelle.
- Cze ... - zatrzymała się, kiedy zobaczyła moje obcięte spodnie. - Co się do cholery stało?! - wpuściła mnie do wnętrza.
- Nie chce o tym teraz rozmawiać. - powiedziałam. - Jestem wycięczona. -
- Rozumiem. Idź do siebie. - powiedziała, skręcając do kuchni.
- Michelle. - zatrzymałam ją.
- Tak?-
- Nie mów reszcie. Proszę. - przytaknęłam ruchem głowy. Właściwie to gdzie jest reszta? Nie ważne... Ruszyłam w miarę możliwości szybkim krokiem na górę, do mojego pokoju. Od razu otwarłam szafę. Wyjęłam nowe czarne spodnie. Ściągnęłam poprzednie i naciągnęłam czarne rurki na nogi. Wrzuciłam obcięte spodnie na tył szafy. Podeszłam do okna. Usiadłam na parapecie. Spojrzałam na dom naszej wścibskiej sąsiadki. Stała w oknie wpatrując się we mnie. Na prawdę nasze życie jest takie interesujące że nie można sobie spokojnie usiąść w oknie? Mam jej już dość. Zaśmiałam się i wystawiłam jej środkowy palec. Nie ruszyła się.
Ugh.
- Georgia . - do pokoju weszła Lorry. Odwróciłam się w jej stronę. Podeszła i usiadła obok mnie.
- Co z Samem? - zapytałam.
- Nie najlepiej. Nadal chce tam wrócić i spotkać się z siostrą. Myślisz że ona żyje? -
- Żartujesz? Ty też wierzysz Bethany? -
- Nie. Ale po prostu... -
- Zastanów się. Zaginęła kilka lat temu. Nie możliwe że ktoś ją przetrzymuje. Policja by ją znalazła. Nie ma opcji. -
- Ja zrobię więcej niż tutejsza policja. Ciało Drew'a znaleźli po pięciu latach. Nie bardzo im ufam. - zaśmiała się.
- Boję się o stan psychiczny Sama. Musimy odseparować go od otoczenia przez kilka dni. - przytaknęła mi ruchem głowy.
- Jak ta świruska wychodzi z tego ośrodka. Tam jest mnóstwo kamer. -
- A kto przegląda te kamery? -
- Najprawdopodobniej nikt. - zaśmiała się. Oparłam głowę o szybę. - Chodź na balkon. - wyjęła z kieszeni bluzy paczkę papierosów. Pokiwałam twierdzącą głową. Zeskoczyłam z parapetu, po czym podeszłam do dużych szklanych drzwi w moim pokoju, które prowadziły na niewielki balkon. Wyszłyśmy na chłodno powietrze. Wzięłam od niej jednego miętowego papierosa i włożyłam do ust. Zapaliłam go i zaciągnęłam się. Wypuściłam duży kłęb dymu. Lorry zrobiła to samo. Powtarzałyśmy kilka razy te czynności dopóki że nie skończył się papieros. Wrzuciłam niedopałek do starej puszki po orzeszkach. Wróciłam do mojego ciemnego pokoju.
- Chyba się prześpię. - oznajmiłam. Lorry przytaknęła ruchem głowy. Wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Położyłam się na łóżko, okrywając kocem. Ułożyłam się na boku, twarzą do okna. Wlepiłam wzrok w granatowe niebo. Takie nieskazitelne. Bez końca. Jak wspomnienia. Wszystko się kończy. Pozostawiając wspomnienia, które nigdy nie umrą. Zawsze pozostanie po nich ślad. Na ciele. Na psychice.
*Harry's PO.V"
Siedziałem na skórzanej kanapie w domu mojego kumpla. Jakaś blondynka siedziała mi na kolanach. Jestem otłumaniony przez alkohol i narkotyki. Jebane zioło.
- Harry. - Zayn zawołał na mnie. Odwróciłem twarz w jego stronę. Chłopak stał przede mną z ręką wystawioną w moim kierunki, a w niej kolejny kieliszek wódki. Wziąłem to od niego. Wlałem jego zawartość do ust. Ciesz spłynęła po moim gardle powodując lekkie pieczenie. Dziewczyna wstała, po czym ponownie na mnie usiadła. Okrakiem. Kim do cholery jest ta szamata? Już ją pieprzyłem czy dopiero mam taki zamiar? Nie wiem co się dzieje. Nachyliła się i złożyła pocałunek na moich ustach. Odwzajemniłem pocałunek. Zacząłem ją namiętnie całować, po czym nasze całowanie zamieniło się w brutalną walkę naszych języków. Odsunąłem się od niej. Zsunąłem ją z kolan. Otrzepałem spodnie, co nie było najlepszym pomysłem. Zachwiałem się. W ostatnim momencie chwyciłem się framugi drzwi.
- Ooo stary - zaśmiał się Liam, zaciągając sie jointem.
- Spierdalaj.- skarciłem go. Stanąłem na równych nogach. - Jadę do domu. - postanowiłem,śmiejąc się. Louis chwycił moje ramię. Dzisiaj wyjątkowo był najbardziej trzeżwy z nas wszystkich.
- Nie dasz rady jechać w tym stanie. - powiedział.
- Od kiedy kurwa możesz wydawać mi rozkazy? Pierwszy raz się nie zajebałeś. - rzuciłem, wychodząc. Pulsujący ból w mojej głowie nie pomagał. Mój żołądek ściskał się powodując mdłości. Wyszedłem na świeże powietrze. Podszedłem do samochodu. Wyjąłem kluczyki z tylniej kieszeni moich spodni. Chciałem włożyć go do dziurki. Kurwa. Nie trafię. Jebany kluczyk. Przecież mogę zacisnąć guzik i otworzyć go automatycznie. Wsiadłem do samochodu. Usiadłem na miejscu kierowcy i wziąłem głęboki oddech.
Jebany alkohol.
Lepszym pomysłem będzie jak się przejdę. Trochę wytrzeźwieje. Gdybym wsiadł za kierownicę za pewne skończyłoby się kupnem nowego samochodu i pobytem w szpitalu.
Wysiadłem z samochodu i zatrzasnąłem drzwi. Włożyłem ręce do kieszeni w kurtce i ruszyłem przed siebie. Moje nogi nie były tak stabilne jak zwykle. Lekko się chwiałem i obraz nie był wyraźny Przed znakiem stopu, skręciłem w prawo. Chociaż byłem pijany dobrze wiedziałem gdzie się kieruję....
*Georgia's POV*
Nie mogłam zasnąć.
Odkryłam moje ciało, po czym wstałam. Wzdrygnęłam się kiedy moje stopy zetknęły się z zimnymi panelami. Narzuciłam na siebie bluzę i wyszłam na balkon. Usiadłam na wiklinowym krześle. Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej, oplatając je ramionami.
Po chwili usłyszałam szemranie na dole. Wstałam. Chwyciłam się barierki i nachyliłam się. Na dole stał chłopak ledwo trzymający się na nogach.
Po chwili spojrzał w górę.
Harry.
Memories never die. † - Harry Styles Fanfiction
wtorek, 3 lutego 2015
niedziela, 1 lutego 2015
Rozdział 3.
Otworzyłam duże drzwi. Weszłam do wnętrza budynku. W środku było chłodno. W kącie stał prawie zwiędły kwiat w glinianej doniczce, obok niego znajdowała się drewniana ławeczka a nad nią ogromny obraz; widok na duże lazurowe jezioro. Na przeciwko znajdowała się recepcja. Za drewnianym blatem stała pulchna kobieta, o poszarzałych włosach. Jej wiek spowodował powstanie kilku zmarszczek wokół oczu i ust. Na jej policzkach, nosie i dekolcie rozsypane były piegi. Spojrzała na nas spod okularów. Podeszłam do niej.
- Słucham ? - położyła dziennik wizyt na blacie.
- Czy widziała pani dzisiaj tutaj chłopaka, średniego wzrostu ... -
- Przychodzi tutaj dużo chłopaków, nie mogę pani pomóc. - przerwała mi.
- Prawdopodobnie był w towarzystwie Bethany Young - powiedziałam. Zaśmiała się. Zmarszczyłam brwi, po chwili jej śmiech zamienił się w rechot. Spojrzałam zza ramienia na moich przyjaciół. Tylko wzruszyli ramionami. Powróciłam wzrokiem do kobiety. Wzięłam głęboki wdech zaciskając powieki, po chwili wypuściłam powietrze.
- Mogłaby się pani łaskawie uspokoić?! - nachyliłam się i chwyciłam ją na biały fartuch lekarski i pociągnęłam do siebie. - Nasz przyjaciel spotkał się z Bethany wczoraj, wyszedł z nią po czym nie wrócił! Potrzebowałam tylko krótkiej, treściwej odpowiedzi! - Max chwycił mnie od tyłu i zaczął ciągnąć. - Zamknijcie w końcu tą wariatkę ! - krzyknęłam, po czym Max wyciągnął mnie na dwór. Stanęłam na nogach.
- Co ty do cholery wyprawiasz ?! Pogarszasz sytuacje.- wykrzyknął Max. - Sam to załatwię! Bo za nim ty zrobisz cokolwiek pożytecznego to Bethany coś mu zrobi. - wyrzucił ręce w powietrze, po czym chwycił się za czoło, głęboko oddychając.
- Poniosło mnie... -
- Poniosło? Prawie ją zabiłaś ! - skierował się do samochodu. Otworzył drzwi i wsunął się do pojazdu.
- Nie martw się. Wiem że chciałaś dobrze. - Victoria otuliła mnie jej chudymi ramionami. - Wiesz jak jest Maxy. Przejdzie mu. - uderzył w klakson, który spowodował ogromny huk. Wzdrygnęłam się. Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem. - Lepiej chodźmy, zanim nas rozjedzie. - powiedziała Vicky. Podążałam za nią do samochodu. Tym razem dla bezpieczeństwa usiadłam na tylnym siedzeniu. Zapięłam pas. Max wsunął kluczyk do stacyjki i odpalił silnik. Ruszyliśmy z piskiem opon. Wyjechaliśmy na główną ulicę.
- Gdzie teraz ? - Victoria przerwała ciszę. Max wzruszył ramionami. Znowu na kilka minut zapadła cisza, którą przerwał dźwięk mojego dzwoniącego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Przychodzące połączenie od Lorry. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo ? -
- Gdzie jesteś?! - zapytała roztrzęsionym głosem. - Znalazłam Sama! - krzyknęła. - Przyjedź na Stanset Road. Szybko. - powiedziała rozłączając się.
- Lorry ma Maxa. Stanset Road. - powiedziałam. Max gwałtownie zahamował co spowodowało pociągnięcie mojego ciała do przodu. Potem skręcił na czyiś podjazd. Nakręcił i wjechał na przeciwny pas drogi. Jechał z dużą prędkością. 120km/h.
- Zwolnij! Zanim do niego dojedziemy zgarnie nas policja, idioto! - krzyknęła na niego Victoria. Max zaczął momentalnie zwalniać.
Po kilkunastu minutach jazdy w ciszy dotarliśmy na miejsce. Wysiadłam z samochodu, po czym zaczęłam biec. Ogromny budynek. Wbiegłam do środka. Wyglądał jak stara, opuszczona fabryka lodów.
- LORRY ! - krzyknęłam. Mój głos odbił się od ścian, powodując echo. Biegłam dalej. Tupot moich stóp roznosił się po całym wielkim pomieszczeniu. Za mną biegła Victoria, a Max piął się schodami na drugie piętro. - Lorry! - zawołałam ponownie. Odpowiedział mi wyłącznie mój głos odbijający się od gipsowych ścian. Zatrzymałam się. - Słyszysz? - szepnęłam do Vicky. - Tędy. - skręciłam w prawo.
- Sam. Chodź ze mną. - usłyszałam ciche głosy. Przebiegłam jeszcze kilkanaście metrów i głosy stały się głośniejsze. - Ona tu przyjdzie. Obiecała. - otwarłam drzwi. Moim oczom ukazała się Lorry klęcząca przy Samie. Chłopak siedział na ziemi, z twarzą w dłoniach. Zatrzasnęłam metalowe drzwi, wtedy ich twarze skierowały się na nasze postacie. Po chwili do wnętrza wszedł Max.
- Zostaw otwarte drzwi. Gdzieś tutaj jest jakaś dziewczyna. - wyszeptała Lorry. Podeszłam do Sama. Uklęknęłam przed nim.
- Sam. - zaczęłam. Nie zmienił swojej pozycji. - Popatrz na mnie. - podniósł głowę, spojrzał mnie swoimi nieziemsko niebieskimi oczami. - Kto tutaj na ciebie czeka? - zapytałam spokojnie.
- Symphtony. - powiedział, uśmiechając się bez wyrazu. Co się mu stało?
- Sam ... Twoja siostra nie żyje od kilku lat, musimy się z tym pogodzić. - chwyciłam jego dłonie. - Słyszysz? -
- Przesuń się. - popchnął mnie Max. Przewróciłam się. Spojrzałam na niego pytająco, ale on odwrócił wzrok. Chwycił go za koszulkę i podniósł do góry. - Stary, co ona ci zrobiła?! Obudź się, wróć do siebie! - potrząsnął nim. - Sam! Pomożemy Ci!! Słyszysz? Ona nie żyje i musisz się z tym pogodzić. - krzyczał na niego. Żadne z nas mu nie przeszkadzało, ponieważ musieliśmy zrobić wszystko żeby się pozbierał. Max spojrzał na nas. - Spróbuje czegoś jeszcze ... - powiedział. - Symphtony i tak była szmatą. - zwrócił się do Sama. Sam zaśmiał się, po czym zaciśniętą pięścią uderzył Maxa w szczękę. Zakryłam usta dłonią. Chłopak upadł na ziemię, łapiąc się za obolałe miejsce.
- Nie mów tak o niej, może cię usłyszeć i obrazi się. - Sam usiadł na poprzednim miejscu.
- Jak znajdę tą szmatę, Bethany to nie wiem co jej zrobię. - warknęła Victoria nerwowo obgryzając paznokcie.
- Sam, wstawaj! - chwyciłam jego ramię. Posłusznie wstał. - Jedziemy do domu. -
- Nie! Muszę na nią zaczekać. - zaprotestował.
- Symphtony przyjdzie do nas jutro. - powiedziałam, chłopak delikatnie przytaknął głową. Wszyscy zrobili to samo i wyszliśmy z tego dziwnego budynku. Zaprowadziłam Sama do samochodu. Lorry, Sam i Vicky usiedli na tylnych siedzeniach. Ja usiadłam z przodu na miejscu pasażera. Max usiadł za kierownicą. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, wrzucił bieg i ruszył. Jechaliśmy kilkanaście minut w zupełnej ciszy. Tak jakby każdy bał się cokolwiek powiedzieć. Urazić Sama, albo poruszyć coś co zmieniłoby zdanie naszego przyjaciela i mógłby zrobić różne dziwne rzeczy co było bardzo prawdopodobne. Nie wiedzieliśmy co ta psychopatka mu zrobiła. Jego zachowanie było zupełne inne niż zazwyczaj. Sam był zawsze wesoły, optymistyczny, mógł mieć każdą dziewczynę. Był imprezowym zwierzęciem. Weekend bez imprezy to nie weekend, według Sama. Każde jego wyjście kończyło się przyjściem kompletnie pijanym w towarzystwie jakieś nieodpowiedzialnej małolaty, po czym do białego rana było słychać odgłosy z jego sypialni. Standard. Teraz nie wie co ze sobą zrobić. Robi i mówi co powie mu Bethany. Zmienił się. Kiedy Bethany zaczęła nas odwiedzać on pierwszy odradzał nam widywania się z nią.
Dotarliśmy do domu. Wysiadłam z samochodu. Narzuciłam kurtkę na plecy. Zrobiło się chłodno i ciemno.
- Może ktoś skoczyłby po jakieś piwo? - zaproponował Max zamykając samochód.
- To ja pójdę. - powiedziałam. Chłopak podszedł do mnie i podał mi gotówkę. Pokiwałam głową i wycofałam się. Szłam chodnikiem. Lampy na ulice zaświeciły się żółtym światłem. Szłam prosto. Docierałam do ciemnej uliczki. Nie denerwowałam się, ponieważ omijałam ją. Po chwili poczułam ucisk na nadgarstku. Chciałam krzyknąć, ale KTOŚ zakrył mi usta dużą dłonią. Na pewno był to mężczyzna. Wciągnął mnie do ciemnego zaułka. Przyparł do ściany. Jedyne co mogłam zobaczyć do dłuższe ciemne włosy i duży nos.
- Widziałaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. - wysyczał. Jego głos był głeboki, niski, ochrypły jakby dopiero sie obudził i kompletnie mi nieznany. - Harry nie poradził sobie z pozbyciem się ciebie. Jesteś dla nas zagrożeniem skarbie. - przejechał jedną dłonią po moim policzku, drugą nadal mocno trzymał moje usta. Zacisnęłam powieki, w celu pohamowania szlochu. Wyjął coś z kieszeni. Coś metalowego bo mieniło się w słabym świetle, który docierał z głównej ulicy. Nóż. Moje ciało zaczęło drżeć. Pokiwałam przecząco głową, płacząc. Łzy lały się moich oczu strumieniami. Nie mogłam tego powstrzymać. Już po mnie. Wydałam cichy odgłos przez zaciśnięte usta.
- Cii ... - uspokoił mnie. Przywarł swoim ciałem do mojego. Chciałam się uwolnić, ale trzymał moje nogi między swoimi uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. - Zobaczyłaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. Był tak blisko że poczułam jego oddech przesiąknięty mieszkanką piwa i papierosów. Ohyda. Ucisk na nożu zacisnął się. Wbił mi go w udo. Moje ciało przeszedł paraliżujący ból. Osunęłam się. Nie mogłam złapać powietrza. Pozwolił mi opaść na ziemie. Materiał moich spodni przesiąknął czerwoną cieczą, która wydobywała się z rany. Chciałam krzyknąć, ale każde słowo, które chciałam wypowiedzieć pozostawało mi w gardle. Nie powstrzymywałam łez. Przykucnął koło mnie. Zaśmiał się. Po chwili za nim pojawił się jakiś cień. Albo mi się wydawało. Byłam otłumaniona bólem. Po chwili wydobył się huk. Miałam za mało siły żeby zareagować. Mój oprawca padł na ziemię. Z ciemności wyłoniła się postać. Klęknął przy mnie. Schował rewolwer za pasek spodni. Mozolnie odwróciłam twarz w jego stronę. Światło latarni padało tak że jego twarz była ciemna. I tak cały obraz był zamazany, dostrzegłam tylko loki.
- Ha... - zakrztusiłam się. Obraz zamazał się. Po chwili ogarnęła mnie ciemność.
* Harry's PO.V*
Zemdlała. Położyłem ją na zimnym betonie. Na równej powierzchni. Rozerwałem do końca materiał jej spodni. Jest taka bezbronna i chuda. Zdjąłem chustkę z głowy. Owinąłem nią jej chude udo i mocno zacisnąłem żeby zatamować krwawienie. Muszę jej zrobić sztuczne oddychanie. Położyłem jej dłonie na klatce piersiowej i zacząłem uciskać. Kilka razy. Potem zbliżyłem usta do jej i zacząłem wdmuchiwać powietrze do wnętrza jej ust. Powtórzyłem kilka razy te czynności, aż w końcu otworzyła oczy. Moje ciało ogarnęła ulga. Odetchnąłem głęboko. Udało mi się.
- Harry ... - zaczęła.
- Cii ... Nic nie mów. Nie bój się nie skrzywdzę cie. - powiedziałem. Włożyłem rękę pod jej żebra, a drugą pod kolana. Delikatnie ją podniosłem. Krew wydobywająca się z jej rany przesiąkła przez materiał chusty i zaczęła przesiąkać przez moją koszulę. Jej delikatne ciało bezwładnie spoczywało na moich rękach. Jest taka bezbronna, chuda.
- Zabiorę Cię do szpitala - oznajmiłem, spoglądając na nią. Z braku siły nie mogła mi przytaknąć.Oparłem jej ciało o moje, przytrzymując ją jedną ręką, a drugą otwierając drzwi. Posadziłem ją na miejscu pasażera. Szybko obiegłem samochód, po czym usiadłem na miejscu kierowcy. Odpaliłem silnik, po czym szybko wyjechałem na główną ulicę.
- Harry ... - zaczęła.
- Tak? - spoglądnąłem na nią kątem oka.
- Dziękuje . - wyszeptała, wymuszając uśmiech.
- W porządku. - wyszeptałem. Przyspieszając prędkość samochodu.
- Słucham ? - położyła dziennik wizyt na blacie.
- Czy widziała pani dzisiaj tutaj chłopaka, średniego wzrostu ... -
- Przychodzi tutaj dużo chłopaków, nie mogę pani pomóc. - przerwała mi.
- Prawdopodobnie był w towarzystwie Bethany Young - powiedziałam. Zaśmiała się. Zmarszczyłam brwi, po chwili jej śmiech zamienił się w rechot. Spojrzałam zza ramienia na moich przyjaciół. Tylko wzruszyli ramionami. Powróciłam wzrokiem do kobiety. Wzięłam głęboki wdech zaciskając powieki, po chwili wypuściłam powietrze.
- Mogłaby się pani łaskawie uspokoić?! - nachyliłam się i chwyciłam ją na biały fartuch lekarski i pociągnęłam do siebie. - Nasz przyjaciel spotkał się z Bethany wczoraj, wyszedł z nią po czym nie wrócił! Potrzebowałam tylko krótkiej, treściwej odpowiedzi! - Max chwycił mnie od tyłu i zaczął ciągnąć. - Zamknijcie w końcu tą wariatkę ! - krzyknęłam, po czym Max wyciągnął mnie na dwór. Stanęłam na nogach.
- Co ty do cholery wyprawiasz ?! Pogarszasz sytuacje.- wykrzyknął Max. - Sam to załatwię! Bo za nim ty zrobisz cokolwiek pożytecznego to Bethany coś mu zrobi. - wyrzucił ręce w powietrze, po czym chwycił się za czoło, głęboko oddychając.
- Poniosło mnie... -
- Poniosło? Prawie ją zabiłaś ! - skierował się do samochodu. Otworzył drzwi i wsunął się do pojazdu.
- Nie martw się. Wiem że chciałaś dobrze. - Victoria otuliła mnie jej chudymi ramionami. - Wiesz jak jest Maxy. Przejdzie mu. - uderzył w klakson, który spowodował ogromny huk. Wzdrygnęłam się. Spojrzałam na niego karcącym wzrokiem. - Lepiej chodźmy, zanim nas rozjedzie. - powiedziała Vicky. Podążałam za nią do samochodu. Tym razem dla bezpieczeństwa usiadłam na tylnym siedzeniu. Zapięłam pas. Max wsunął kluczyk do stacyjki i odpalił silnik. Ruszyliśmy z piskiem opon. Wyjechaliśmy na główną ulicę.
- Gdzie teraz ? - Victoria przerwała ciszę. Max wzruszył ramionami. Znowu na kilka minut zapadła cisza, którą przerwał dźwięk mojego dzwoniącego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Przychodzące połączenie od Lorry. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo ? -
- Gdzie jesteś?! - zapytała roztrzęsionym głosem. - Znalazłam Sama! - krzyknęła. - Przyjedź na Stanset Road. Szybko. - powiedziała rozłączając się.
- Lorry ma Maxa. Stanset Road. - powiedziałam. Max gwałtownie zahamował co spowodowało pociągnięcie mojego ciała do przodu. Potem skręcił na czyiś podjazd. Nakręcił i wjechał na przeciwny pas drogi. Jechał z dużą prędkością. 120km/h.
- Zwolnij! Zanim do niego dojedziemy zgarnie nas policja, idioto! - krzyknęła na niego Victoria. Max zaczął momentalnie zwalniać.
Po kilkunastu minutach jazdy w ciszy dotarliśmy na miejsce. Wysiadłam z samochodu, po czym zaczęłam biec. Ogromny budynek. Wbiegłam do środka. Wyglądał jak stara, opuszczona fabryka lodów.
- LORRY ! - krzyknęłam. Mój głos odbił się od ścian, powodując echo. Biegłam dalej. Tupot moich stóp roznosił się po całym wielkim pomieszczeniu. Za mną biegła Victoria, a Max piął się schodami na drugie piętro. - Lorry! - zawołałam ponownie. Odpowiedział mi wyłącznie mój głos odbijający się od gipsowych ścian. Zatrzymałam się. - Słyszysz? - szepnęłam do Vicky. - Tędy. - skręciłam w prawo.
- Sam. Chodź ze mną. - usłyszałam ciche głosy. Przebiegłam jeszcze kilkanaście metrów i głosy stały się głośniejsze. - Ona tu przyjdzie. Obiecała. - otwarłam drzwi. Moim oczom ukazała się Lorry klęcząca przy Samie. Chłopak siedział na ziemi, z twarzą w dłoniach. Zatrzasnęłam metalowe drzwi, wtedy ich twarze skierowały się na nasze postacie. Po chwili do wnętrza wszedł Max.
- Zostaw otwarte drzwi. Gdzieś tutaj jest jakaś dziewczyna. - wyszeptała Lorry. Podeszłam do Sama. Uklęknęłam przed nim.
- Sam. - zaczęłam. Nie zmienił swojej pozycji. - Popatrz na mnie. - podniósł głowę, spojrzał mnie swoimi nieziemsko niebieskimi oczami. - Kto tutaj na ciebie czeka? - zapytałam spokojnie.
- Symphtony. - powiedział, uśmiechając się bez wyrazu. Co się mu stało?
- Sam ... Twoja siostra nie żyje od kilku lat, musimy się z tym pogodzić. - chwyciłam jego dłonie. - Słyszysz? -
- Przesuń się. - popchnął mnie Max. Przewróciłam się. Spojrzałam na niego pytająco, ale on odwrócił wzrok. Chwycił go za koszulkę i podniósł do góry. - Stary, co ona ci zrobiła?! Obudź się, wróć do siebie! - potrząsnął nim. - Sam! Pomożemy Ci!! Słyszysz? Ona nie żyje i musisz się z tym pogodzić. - krzyczał na niego. Żadne z nas mu nie przeszkadzało, ponieważ musieliśmy zrobić wszystko żeby się pozbierał. Max spojrzał na nas. - Spróbuje czegoś jeszcze ... - powiedział. - Symphtony i tak była szmatą. - zwrócił się do Sama. Sam zaśmiał się, po czym zaciśniętą pięścią uderzył Maxa w szczękę. Zakryłam usta dłonią. Chłopak upadł na ziemię, łapiąc się za obolałe miejsce.
- Nie mów tak o niej, może cię usłyszeć i obrazi się. - Sam usiadł na poprzednim miejscu.
- Jak znajdę tą szmatę, Bethany to nie wiem co jej zrobię. - warknęła Victoria nerwowo obgryzając paznokcie.
- Sam, wstawaj! - chwyciłam jego ramię. Posłusznie wstał. - Jedziemy do domu. -
- Nie! Muszę na nią zaczekać. - zaprotestował.
- Symphtony przyjdzie do nas jutro. - powiedziałam, chłopak delikatnie przytaknął głową. Wszyscy zrobili to samo i wyszliśmy z tego dziwnego budynku. Zaprowadziłam Sama do samochodu. Lorry, Sam i Vicky usiedli na tylnych siedzeniach. Ja usiadłam z przodu na miejscu pasażera. Max usiadł za kierownicą. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, wrzucił bieg i ruszył. Jechaliśmy kilkanaście minut w zupełnej ciszy. Tak jakby każdy bał się cokolwiek powiedzieć. Urazić Sama, albo poruszyć coś co zmieniłoby zdanie naszego przyjaciela i mógłby zrobić różne dziwne rzeczy co było bardzo prawdopodobne. Nie wiedzieliśmy co ta psychopatka mu zrobiła. Jego zachowanie było zupełne inne niż zazwyczaj. Sam był zawsze wesoły, optymistyczny, mógł mieć każdą dziewczynę. Był imprezowym zwierzęciem. Weekend bez imprezy to nie weekend, według Sama. Każde jego wyjście kończyło się przyjściem kompletnie pijanym w towarzystwie jakieś nieodpowiedzialnej małolaty, po czym do białego rana było słychać odgłosy z jego sypialni. Standard. Teraz nie wie co ze sobą zrobić. Robi i mówi co powie mu Bethany. Zmienił się. Kiedy Bethany zaczęła nas odwiedzać on pierwszy odradzał nam widywania się z nią.
Dotarliśmy do domu. Wysiadłam z samochodu. Narzuciłam kurtkę na plecy. Zrobiło się chłodno i ciemno.
- Może ktoś skoczyłby po jakieś piwo? - zaproponował Max zamykając samochód.
- To ja pójdę. - powiedziałam. Chłopak podszedł do mnie i podał mi gotówkę. Pokiwałam głową i wycofałam się. Szłam chodnikiem. Lampy na ulice zaświeciły się żółtym światłem. Szłam prosto. Docierałam do ciemnej uliczki. Nie denerwowałam się, ponieważ omijałam ją. Po chwili poczułam ucisk na nadgarstku. Chciałam krzyknąć, ale KTOŚ zakrył mi usta dużą dłonią. Na pewno był to mężczyzna. Wciągnął mnie do ciemnego zaułka. Przyparł do ściany. Jedyne co mogłam zobaczyć do dłuższe ciemne włosy i duży nos.
- Widziałaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. - wysyczał. Jego głos był głeboki, niski, ochrypły jakby dopiero sie obudził i kompletnie mi nieznany. - Harry nie poradził sobie z pozbyciem się ciebie. Jesteś dla nas zagrożeniem skarbie. - przejechał jedną dłonią po moim policzku, drugą nadal mocno trzymał moje usta. Zacisnęłam powieki, w celu pohamowania szlochu. Wyjął coś z kieszeni. Coś metalowego bo mieniło się w słabym świetle, który docierał z głównej ulicy. Nóż. Moje ciało zaczęło drżeć. Pokiwałam przecząco głową, płacząc. Łzy lały się moich oczu strumieniami. Nie mogłam tego powstrzymać. Już po mnie. Wydałam cichy odgłos przez zaciśnięte usta.
- Cii ... - uspokoił mnie. Przywarł swoim ciałem do mojego. Chciałam się uwolnić, ale trzymał moje nogi między swoimi uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. - Zobaczyłaś coś czego nie powinnaś zobaczyć. Był tak blisko że poczułam jego oddech przesiąknięty mieszkanką piwa i papierosów. Ohyda. Ucisk na nożu zacisnął się. Wbił mi go w udo. Moje ciało przeszedł paraliżujący ból. Osunęłam się. Nie mogłam złapać powietrza. Pozwolił mi opaść na ziemie. Materiał moich spodni przesiąknął czerwoną cieczą, która wydobywała się z rany. Chciałam krzyknąć, ale każde słowo, które chciałam wypowiedzieć pozostawało mi w gardle. Nie powstrzymywałam łez. Przykucnął koło mnie. Zaśmiał się. Po chwili za nim pojawił się jakiś cień. Albo mi się wydawało. Byłam otłumaniona bólem. Po chwili wydobył się huk. Miałam za mało siły żeby zareagować. Mój oprawca padł na ziemię. Z ciemności wyłoniła się postać. Klęknął przy mnie. Schował rewolwer za pasek spodni. Mozolnie odwróciłam twarz w jego stronę. Światło latarni padało tak że jego twarz była ciemna. I tak cały obraz był zamazany, dostrzegłam tylko loki.
- Ha... - zakrztusiłam się. Obraz zamazał się. Po chwili ogarnęła mnie ciemność.
* Harry's PO.V*
Zemdlała. Położyłem ją na zimnym betonie. Na równej powierzchni. Rozerwałem do końca materiał jej spodni. Jest taka bezbronna i chuda. Zdjąłem chustkę z głowy. Owinąłem nią jej chude udo i mocno zacisnąłem żeby zatamować krwawienie. Muszę jej zrobić sztuczne oddychanie. Położyłem jej dłonie na klatce piersiowej i zacząłem uciskać. Kilka razy. Potem zbliżyłem usta do jej i zacząłem wdmuchiwać powietrze do wnętrza jej ust. Powtórzyłem kilka razy te czynności, aż w końcu otworzyła oczy. Moje ciało ogarnęła ulga. Odetchnąłem głęboko. Udało mi się.
- Harry ... - zaczęła.
- Cii ... Nic nie mów. Nie bój się nie skrzywdzę cie. - powiedziałem. Włożyłem rękę pod jej żebra, a drugą pod kolana. Delikatnie ją podniosłem. Krew wydobywająca się z jej rany przesiąkła przez materiał chusty i zaczęła przesiąkać przez moją koszulę. Jej delikatne ciało bezwładnie spoczywało na moich rękach. Jest taka bezbronna, chuda.
- Zabiorę Cię do szpitala - oznajmiłem, spoglądając na nią. Z braku siły nie mogła mi przytaknąć.Oparłem jej ciało o moje, przytrzymując ją jedną ręką, a drugą otwierając drzwi. Posadziłem ją na miejscu pasażera. Szybko obiegłem samochód, po czym usiadłem na miejscu kierowcy. Odpaliłem silnik, po czym szybko wyjechałem na główną ulicę.
- Harry ... - zaczęła.
- Tak? - spoglądnąłem na nią kątem oka.
- Dziękuje . - wyszeptała, wymuszając uśmiech.
- W porządku. - wyszeptałem. Przyspieszając prędkość samochodu.
sobota, 31 stycznia 2015
Rozdział 2.
Wybiegłam z pokoju. Po kilku sekundach dotarłam do pokoju Harrego. Chłopak wił się na łóżku. Krzycząc i mamrocząc. Podeszłam do niego. Jego twarz była pokryta kropelkami potu.
- Harry. - przytrzymałam jego dłoń. Usiadłam na brzegu łóżka. - Ci .. - starałam sie go uspokoić. Wzięłam w moje dłonie jego nieskazitelną twarz. Co ja właśnie powiedziałam!?
Przestał się ruszać, otworzył oczy. - Już w porządku. - wyszeptałam patrząc mu w oczy. - Uspokój się, pójdę po wodę. - oznajmiłam. Przytaknął ruchem głowy. Wstałam i poczłapałam na parter. Dotarłam do kuchni. Otworzyłam pierwszą lepszą szafkę i wyjęłam szklankę. Napełniłam ją wodą i odłożyłam na blat. Sięgnęłam po ściereczkę i nasączyłam ją chłodną wodą. Zabrałam obie rzeczy i wróciłam na górę. Harry siedział na skraju łóżka. Podałam mu szklankę i usiadłam obok niego. Opróżnił naczynie i odłożył go na mały stoliczek obok łóżka. Wręczyłam mu mokry materiał.
- Połóż się. Już dobrze. - uśmiechnęłam się. Chłopak zrobił co kazałam. Odgarnęłam jego loki z czoła. - Jeśli będzie mnie potrzebował to wołaj. - zaczęłam sie podnosić. Jego dłoń pociągnęłam mnie za nadgarstek przez co wróciłam na poprzednie miejsce.
- Zostań. - powiedział zachrypniętym głosem. - Proszę. - dodał po chwili. Przytaknęłam. Przesunął sie na jedną stronę łóżka. Położyłam się obok niego. Co ja właśnie robie?! Przecież sie go boje. i to cholernie się go boję. Jeśli mi coś zrobi?
Moje serce zaczęło szybciej bić jakby chciało przebić sie przez moją klatkę piersiową.
- Georgia ... - zaczął. Odwróciłam sie twarzą do niego.
- Tak ? -
- Nie skrzywdzę Cię ... - wlepił swój wzrok w moje oczy. Czy on właśnie zaczął być miły? Jego słowa nie zmieniły mojego nastawienia do jego osoby. Nadal był dla mnie przerażający i straszny. - Nie bój się. -
- Jak mam sie nie bać skoro na moich oczach zabiliście człowieka? Tak samo możesz postąpić ze mną. - wyszeptałam.
- Nie ja go zabiłem ... -
- Ale na pewno już kiedyś to zrobiłeś. - przerwałam mu.
- Nie masz tej pewności, a po drugie nie musze Ci się tłumaczyć. -
- Harry idź już spać. Nie wiem dlaczego jesteś miły ale rano już tak nie będzie. - odwróciłam się do niego plecami. Chwycił mnie w talii i przysunął do siebie. Przygryzłam dolną wargę, a z moich oczu niekontrolowanie zaczęły płynąć łzy. Nie chce żeby mnie dotykał. Nie chcę żeby ktokolwiek mnie dotykał. Przysunął się jeszcze bliżej mnie. Zaczęłam szlochać. Mimowolnie. Jak bardzo chciałam to powstrzymać tak nie mogłam nic na to poradzić.
- Dlaczego płaczesz? - zapytał. Zignorowałam jego pytanie. Jest mordercą, a ja nie będę się mu zwierzać. Niech ta noc się skończy i dotrę do domu. - Dlaczego? - odwrócił mnie tak że znowu byłam zwrócona do niego twarzą. Chwycił w dłonie moje policzki, kciukami ocierając łzy. - Georgia ... - zaczął. Jeszcze bardziej pogrążyłam się w płaczu. Wtuliłam twarz w zagłębienie w jego szyi. Oplótł swoje ramiona wokół mojej talii. - Chodźmy spać. Rano będzie lepiej. - powiedział jednak nie poruszyłam się. Czułam się dobrze w jego ramionach. W ramionach mordercy?! Nie mogę w to uwierzyć ale to była niestety prawda. - Słyszysz? - delikatnie potrząsnął moim ciałem. Podniosłam się. Spojrzałam na niego. - Nie płacz. - powiedział. Położyłam się obok. Wpatrywałam się w jego twarz. Nadal łzy opuszczały moje oczy, ale uspokoiłam się trochę. Wzięłam głęboki oddech.
- Harry. - przytrzymałam jego dłoń. Usiadłam na brzegu łóżka. - Ci .. - starałam sie go uspokoić. Wzięłam w moje dłonie jego nieskazitelną twarz. Co ja właśnie powiedziałam!?
Przestał się ruszać, otworzył oczy. - Już w porządku. - wyszeptałam patrząc mu w oczy. - Uspokój się, pójdę po wodę. - oznajmiłam. Przytaknął ruchem głowy. Wstałam i poczłapałam na parter. Dotarłam do kuchni. Otworzyłam pierwszą lepszą szafkę i wyjęłam szklankę. Napełniłam ją wodą i odłożyłam na blat. Sięgnęłam po ściereczkę i nasączyłam ją chłodną wodą. Zabrałam obie rzeczy i wróciłam na górę. Harry siedział na skraju łóżka. Podałam mu szklankę i usiadłam obok niego. Opróżnił naczynie i odłożył go na mały stoliczek obok łóżka. Wręczyłam mu mokry materiał.
- Połóż się. Już dobrze. - uśmiechnęłam się. Chłopak zrobił co kazałam. Odgarnęłam jego loki z czoła. - Jeśli będzie mnie potrzebował to wołaj. - zaczęłam sie podnosić. Jego dłoń pociągnęłam mnie za nadgarstek przez co wróciłam na poprzednie miejsce.
- Zostań. - powiedział zachrypniętym głosem. - Proszę. - dodał po chwili. Przytaknęłam. Przesunął sie na jedną stronę łóżka. Położyłam się obok niego. Co ja właśnie robie?! Przecież sie go boje. i to cholernie się go boję. Jeśli mi coś zrobi?
Moje serce zaczęło szybciej bić jakby chciało przebić sie przez moją klatkę piersiową.
- Georgia ... - zaczął. Odwróciłam sie twarzą do niego.
- Tak ? -
- Nie skrzywdzę Cię ... - wlepił swój wzrok w moje oczy. Czy on właśnie zaczął być miły? Jego słowa nie zmieniły mojego nastawienia do jego osoby. Nadal był dla mnie przerażający i straszny. - Nie bój się. -
- Jak mam sie nie bać skoro na moich oczach zabiliście człowieka? Tak samo możesz postąpić ze mną. - wyszeptałam.
- Nie ja go zabiłem ... -
- Ale na pewno już kiedyś to zrobiłeś. - przerwałam mu.
- Nie masz tej pewności, a po drugie nie musze Ci się tłumaczyć. -
- Harry idź już spać. Nie wiem dlaczego jesteś miły ale rano już tak nie będzie. - odwróciłam się do niego plecami. Chwycił mnie w talii i przysunął do siebie. Przygryzłam dolną wargę, a z moich oczu niekontrolowanie zaczęły płynąć łzy. Nie chce żeby mnie dotykał. Nie chcę żeby ktokolwiek mnie dotykał. Przysunął się jeszcze bliżej mnie. Zaczęłam szlochać. Mimowolnie. Jak bardzo chciałam to powstrzymać tak nie mogłam nic na to poradzić.
- Dlaczego płaczesz? - zapytał. Zignorowałam jego pytanie. Jest mordercą, a ja nie będę się mu zwierzać. Niech ta noc się skończy i dotrę do domu. - Dlaczego? - odwrócił mnie tak że znowu byłam zwrócona do niego twarzą. Chwycił w dłonie moje policzki, kciukami ocierając łzy. - Georgia ... - zaczął. Jeszcze bardziej pogrążyłam się w płaczu. Wtuliłam twarz w zagłębienie w jego szyi. Oplótł swoje ramiona wokół mojej talii. - Chodźmy spać. Rano będzie lepiej. - powiedział jednak nie poruszyłam się. Czułam się dobrze w jego ramionach. W ramionach mordercy?! Nie mogę w to uwierzyć ale to była niestety prawda. - Słyszysz? - delikatnie potrząsnął moim ciałem. Podniosłam się. Spojrzałam na niego. - Nie płacz. - powiedział. Położyłam się obok. Wpatrywałam się w jego twarz. Nadal łzy opuszczały moje oczy, ale uspokoiłam się trochę. Wzięłam głęboki oddech.
***
Otworzyłam zaspane oczy. Obok mnie leżał Harry pogrążony w głębokim śnie.
- Harry. - potrząsnęłam jego ciałem. - Wstawaj! Musisz mnie odwieźć. - nie poruszył się. - Harry! - wrzasnęłam.
- Wstaję. - mruknął. Przetarł oczy i wypełznął spod kołdry. Przede mną stał Harry w samych bokserkach. On w tym spał? Ja spałam z nim a on był w bokserkach? Czemu o tym nie wiedziałam? Zebrał spodnie z ziemi i naciągnął je na swoje nogi. - Chcesz coś zjeść? - zapytał.
- Co się z Tobą stało? - zapytałam marszcząc brwi. Zrobił to samo. - Jesteś miły. - powiedziałam.
- Nie jestem tą osobą za jaką mnie uważasz. - oznajmił przeciągając koszulkę przez głowę.
- Co mam przez to rozumieć? -
- Interpretuj to jak chcesz. Zjesz coś? - zapytał ponownie. Przytaknęłam. Zbiegłam po schodach do kuchni. Usiadłam na krześle, patrząc jak Harry krząta się w kuchni. - Co zwykle jadasz? - spojrzał na mnie opierając sie o blat.
- Zwykle nie jem nic bo spiesze sie na uczelnie. -
- Ale są wakacje. Więc co jesz? - zaśmiał się przeczesując włosy dłonią.
- Masz płatki? - zapytałam. Zwykle jadam płatki.
- Tak. - odwrócił sie i wyjął opakowanie płatków czekoladowych. Wyjął miskę i mleko z ogromnej lodówki. Otworzył paczkę i wsypał do miski. Po chwili podał mi miskę po brzegi wypełnioną płatkami.
- Zdajesz sobie sprawę że ja nie zjem tyle, prawda?- wzruszył ramionami. - Daj mi druga miskę. - podał mi naczynie. Przesypałam połowę do drugiej i zalałam mlekiem. - Smacznego - powiedziałam siadając na poprzednim miejscu. Harry usiadł na przeciwko. Wzięłam łyżkę, nabrałam trochę płatków i włożyłam do ust, delikatnie przeżuwając. - Odwieziesz mnie? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział ochryple.
- Mieszkam na ... -
- Wiem gdzie mieszkasz. - zaśmiał się. O co chodzi? Dlaczego on wie o mnie wszystko a ja o nim nic? - O co chodziło dzisiaj w nocy ? - zapytał wkładając kolejną porcję do ust.
- Nie chcę o tym rozmawiać. - spuściłam wzrok.
- Georgia ... -
- Możemy już jechać ? - zmieniłam szybko temat. Przytaknął. - Pójdę się przebrać. - powiedziałam wycofując sie z kuchni.
- Poczekaj. - zatrzymał mnie jego głos. - Co masz na nodze ? - spojrzałam na moje lewe udo, na którym widniała duża blizna. Podszedł bliżej mnie. - Co masz na nodze? - zadał ponownie pytanie. Podeszłam do niego i wtuliłam się w niego. - Kto Ci to zrobił ? - zapytał opierając brodę o moją głowę. Pokiwałam przecząco głową. Łzy zaczęło ponownie spływać strumieniami po moich kościach policzkowych. - Dobrze. Spokojnie, już nie będę o to pytał. - powiedział, kiedy zaczęłam szlochać. Potarł dłońmi moje plecy. Wyciągnął z tylnej kieszeni mój telefon. Wzięłam go do ręki, odblokowałam. 20 nieodebranych połączeń od Michelle. I kilka wiadomości od reszty. Odsunęłam się od chłopaka i nacisnęłam na ikonkę "Michelle".
Po kilku sygnałach odebrała.
- Halo? Gdzie Ty jesteś? Umieram ze strachu . - jego głos dotarł do moich uszu. Otarłam policzki.
- Już wracam do domu. Co powiedziałaś reszcie? - zapytałam.
- Unikam tego tematu. - ulga. - Sam też nie wrócił od wczoraj. - powiedziała, a w jej głosie było słychać zawiedzenie. - Nie wiem co się z nim dzieje. Wydaje nam się że cały czas węszy przy tym co powiedziała Bethany. On nadal łudzi się że znajdzie siostre. Martwię się o niego. - dodała. Ja też się o niego martwię. Jego siostra ; Symphtony zaginęła kilka lat temu. Jej rodzice już pogodzili się z jej stratą. Gorzej ze stanem jej brata, który jest naszym przyjacielem. Nadal myśli że żyje. Muszę wrócić do domu i z nim porozmawiać jak wróci.
- Porozmawiamy w domu. Już jadę. - powiedziałam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę. - Zawieziesz mnie do domu? - spojrzałam na Harrego.
- Tak. - oznajmił. Sięgnął po kluczyki i zaczął podążać w stronę drzwi. - Na kanapie leżą twoje ciuchy. - zatrzymał się.
- Mógłbyś je wyrzucić albo spalić? - zapytałam. Zmarszczył brwi. - Proszę. - dodałam. Nic nie odpowiedział tylko wyszedł. Zabrałam moje czarne szpilki i wyszłam za nim. Na dużym podjeździe stał czarny Range Rover chłopaka. Otworzyłam drzwi i wsunęłam się do pojazdu. Zapięłam pas bezpieczeństwa i położyłam dłonie na kolanach. Po chwili na miejscu kierowcy usiadł Harry. Zapiął pas i odpalił silnik. Położył telefon na swoim siedzeniu, obok jego nogi. Jedną dłoń położył na kierownicy, a drugą na skrzyni biegów. Wyjechaliśmy spod jego domu. Jechaliśmy w ciszy, dopóki nie przerwał jej dźwięk telefonu Harrego, który symbolizował przychodzące połączenie. Chłopak jedną dłonią trzymał telefon a drugą prowadził.
- Halo? - wypowiedział szorstko. - Jest początek wakacji, a ty pytasz mnie czy spędze z Tobą święta? Po drugie to nie chce Cię widzieć. Nie chce, rozumiesz?! - rzucił telefon na tył samochodu.
- Kto to był ? - zapytałam, nieśmiało na niego spoglądając.
- Nie interesuj sie. - wysyczał. Czyli wracamy do punktu wyjścia... No jasne. Zamilkłam. Po kilkunastu minutach zatrzymał się pod moim domem. Odpięłam pas i wysiadłam z samochodu. Samochód Harrego odjechał. Stałam w bramce. Spojrzałam na dom mojej wścibskiej sąsiadki. Jak zwykle stała w oknie.
- Ma pani jakiś problem?! - krzyknęłam na nią. Zaczyna mnie irytować. Ingeruje w nasze życie, jakby nie miała swojego. Schowała się. - Ugh! - warknęłam. Weszłam do wnętrza domu. Rzuciłam szpilki w kąt. - Jestem. - zameldowałam się. Zza rogu wyłoniła się Vicky.
- Cześć. - przywitała mnie ciepłym uściskiem. - Gdzie byłaś ? - wiedziałam że padnie dzisiaj takie pytanie. Musze coś wymyślić.
- W klubie spotkałam moją kuzynkę. Byłam u niej na noc. - skłamałam. Nie umiem kłamać.
- Aha ... - chyba to kupiła ... - i dlatego masz na sobie męskie ciuchy ? - albo jednak nie kupiła. Najchętniej uderzyłabym się teraz w twarz. Zapomniałam. - Nie tłumacz się. - zaśmiała się. Poszłam za nią do kuchni. Przy stole siedział Max. Posłałam mu ciepły uśmiech po czym usiadłam obok niego. Wzięłam jego kubek kakao. Napiłam się gorącej cieczy, która rozgrzała moje ciało. Podstawiłam mu jego kubek pod nos.
- Musimy po niego jechać. Jest załamany. Nie wie co robi. Bethany była u niego wczoraj wieczorem. Nie wiadomo co mu powiedziała, ale wyszedł z nią. Nie zwracał w ogóle na nas uwagi. - powiedział Max, biorąc kęs swojego tosta.
- Jak on mógł jej posłuchać? Kto w ogóle wypuszcza ją z tego ośrodka? - Vicky wyrzuciła ręce w powietrze. Oparła się o blat, a ręce założyła na piersi.
- Był pierwszy, który mówił że nie powinniśmy z nią rozmawiać. Nie wiem co się z nim dzieje. Zadzwonie do niego. - oznajmiłam, włączając telefon.
- Dzwoniliśmy. Kilkadziesiąt razy. Odrzuca połączenia. - pokręcił głową mój przyjaciel.
- Idę się przebrać i jedziemy po niego. - powiedziałam i wyszłam z kuchni.
*Victoria's PO.V*
- Gdzie po niego pojedziemy? Może być wszędzie. Dosłownie. - powiedziałam. Max wzruszył ramionami.
- Najpierw pojedziemy to tego psychiatryka. To pierwsze miejsce, które przychodzi mi na myśl . - stwierdził chłopak, wstając po czym odłożył brudne naczynia do zmywarki. - Potem pojedziemy do rodziców tej idiotki. -
- Ona jest chora ... - wzruszył ramionami.
- To jej nie tłumaczy z tego że jest idiotką.- zaśmiał się. Poszłam do korytarza. Założyłam białe converse i na wszelki wypadek zawiązałam dżinsową kurtkę na pasie.
- Gotowa. - krzyknęła Georgia, zbiegając ze schodów.
*Geogria's PO.V*
Wsiadłam do samochodu Maxa. Usiadłam na miejscu pasażera.
- Gdzie jedziemy ? - zapytałam zapinając pasy.
- Ten jebany ośrodek. - warknął chłopak. Odwróciłam się do tyłu i spojrzałam na Vicky. Podniosła ręce w górę w geście poddania się. Wzruszyłam ramionami i skierowałam mój wzrok na widok za oknem samochodu. Telefon w kieszeni moich spodni zawibrował. Wyjęłam go. Odblokowałam. Nowa wiadomość.
- Harry. - potrząsnęłam jego ciałem. - Wstawaj! Musisz mnie odwieźć. - nie poruszył się. - Harry! - wrzasnęłam.
- Wstaję. - mruknął. Przetarł oczy i wypełznął spod kołdry. Przede mną stał Harry w samych bokserkach. On w tym spał? Ja spałam z nim a on był w bokserkach? Czemu o tym nie wiedziałam? Zebrał spodnie z ziemi i naciągnął je na swoje nogi. - Chcesz coś zjeść? - zapytał.
- Co się z Tobą stało? - zapytałam marszcząc brwi. Zrobił to samo. - Jesteś miły. - powiedziałam.
- Nie jestem tą osobą za jaką mnie uważasz. - oznajmił przeciągając koszulkę przez głowę.
- Co mam przez to rozumieć? -
- Interpretuj to jak chcesz. Zjesz coś? - zapytał ponownie. Przytaknęłam. Zbiegłam po schodach do kuchni. Usiadłam na krześle, patrząc jak Harry krząta się w kuchni. - Co zwykle jadasz? - spojrzał na mnie opierając sie o blat.
- Zwykle nie jem nic bo spiesze sie na uczelnie. -
- Ale są wakacje. Więc co jesz? - zaśmiał się przeczesując włosy dłonią.
- Masz płatki? - zapytałam. Zwykle jadam płatki.
- Tak. - odwrócił sie i wyjął opakowanie płatków czekoladowych. Wyjął miskę i mleko z ogromnej lodówki. Otworzył paczkę i wsypał do miski. Po chwili podał mi miskę po brzegi wypełnioną płatkami.
- Zdajesz sobie sprawę że ja nie zjem tyle, prawda?- wzruszył ramionami. - Daj mi druga miskę. - podał mi naczynie. Przesypałam połowę do drugiej i zalałam mlekiem. - Smacznego - powiedziałam siadając na poprzednim miejscu. Harry usiadł na przeciwko. Wzięłam łyżkę, nabrałam trochę płatków i włożyłam do ust, delikatnie przeżuwając. - Odwieziesz mnie? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział ochryple.
- Mieszkam na ... -
- Wiem gdzie mieszkasz. - zaśmiał się. O co chodzi? Dlaczego on wie o mnie wszystko a ja o nim nic? - O co chodziło dzisiaj w nocy ? - zapytał wkładając kolejną porcję do ust.
- Nie chcę o tym rozmawiać. - spuściłam wzrok.
- Georgia ... -
- Możemy już jechać ? - zmieniłam szybko temat. Przytaknął. - Pójdę się przebrać. - powiedziałam wycofując sie z kuchni.
- Poczekaj. - zatrzymał mnie jego głos. - Co masz na nodze ? - spojrzałam na moje lewe udo, na którym widniała duża blizna. Podszedł bliżej mnie. - Co masz na nodze? - zadał ponownie pytanie. Podeszłam do niego i wtuliłam się w niego. - Kto Ci to zrobił ? - zapytał opierając brodę o moją głowę. Pokiwałam przecząco głową. Łzy zaczęło ponownie spływać strumieniami po moich kościach policzkowych. - Dobrze. Spokojnie, już nie będę o to pytał. - powiedział, kiedy zaczęłam szlochać. Potarł dłońmi moje plecy. Wyciągnął z tylnej kieszeni mój telefon. Wzięłam go do ręki, odblokowałam. 20 nieodebranych połączeń od Michelle. I kilka wiadomości od reszty. Odsunęłam się od chłopaka i nacisnęłam na ikonkę "Michelle".
Po kilku sygnałach odebrała.
- Halo? Gdzie Ty jesteś? Umieram ze strachu . - jego głos dotarł do moich uszu. Otarłam policzki.
- Już wracam do domu. Co powiedziałaś reszcie? - zapytałam.
- Unikam tego tematu. - ulga. - Sam też nie wrócił od wczoraj. - powiedziała, a w jej głosie było słychać zawiedzenie. - Nie wiem co się z nim dzieje. Wydaje nam się że cały czas węszy przy tym co powiedziała Bethany. On nadal łudzi się że znajdzie siostre. Martwię się o niego. - dodała. Ja też się o niego martwię. Jego siostra ; Symphtony zaginęła kilka lat temu. Jej rodzice już pogodzili się z jej stratą. Gorzej ze stanem jej brata, który jest naszym przyjacielem. Nadal myśli że żyje. Muszę wrócić do domu i z nim porozmawiać jak wróci.
- Porozmawiamy w domu. Już jadę. - powiedziałam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę. - Zawieziesz mnie do domu? - spojrzałam na Harrego.
- Tak. - oznajmił. Sięgnął po kluczyki i zaczął podążać w stronę drzwi. - Na kanapie leżą twoje ciuchy. - zatrzymał się.
- Mógłbyś je wyrzucić albo spalić? - zapytałam. Zmarszczył brwi. - Proszę. - dodałam. Nic nie odpowiedział tylko wyszedł. Zabrałam moje czarne szpilki i wyszłam za nim. Na dużym podjeździe stał czarny Range Rover chłopaka. Otworzyłam drzwi i wsunęłam się do pojazdu. Zapięłam pas bezpieczeństwa i położyłam dłonie na kolanach. Po chwili na miejscu kierowcy usiadł Harry. Zapiął pas i odpalił silnik. Położył telefon na swoim siedzeniu, obok jego nogi. Jedną dłoń położył na kierownicy, a drugą na skrzyni biegów. Wyjechaliśmy spod jego domu. Jechaliśmy w ciszy, dopóki nie przerwał jej dźwięk telefonu Harrego, który symbolizował przychodzące połączenie. Chłopak jedną dłonią trzymał telefon a drugą prowadził.
- Halo? - wypowiedział szorstko. - Jest początek wakacji, a ty pytasz mnie czy spędze z Tobą święta? Po drugie to nie chce Cię widzieć. Nie chce, rozumiesz?! - rzucił telefon na tył samochodu.
- Kto to był ? - zapytałam, nieśmiało na niego spoglądając.
- Nie interesuj sie. - wysyczał. Czyli wracamy do punktu wyjścia... No jasne. Zamilkłam. Po kilkunastu minutach zatrzymał się pod moim domem. Odpięłam pas i wysiadłam z samochodu. Samochód Harrego odjechał. Stałam w bramce. Spojrzałam na dom mojej wścibskiej sąsiadki. Jak zwykle stała w oknie.
- Ma pani jakiś problem?! - krzyknęłam na nią. Zaczyna mnie irytować. Ingeruje w nasze życie, jakby nie miała swojego. Schowała się. - Ugh! - warknęłam. Weszłam do wnętrza domu. Rzuciłam szpilki w kąt. - Jestem. - zameldowałam się. Zza rogu wyłoniła się Vicky.
- Cześć. - przywitała mnie ciepłym uściskiem. - Gdzie byłaś ? - wiedziałam że padnie dzisiaj takie pytanie. Musze coś wymyślić.
- W klubie spotkałam moją kuzynkę. Byłam u niej na noc. - skłamałam. Nie umiem kłamać.
- Aha ... - chyba to kupiła ... - i dlatego masz na sobie męskie ciuchy ? - albo jednak nie kupiła. Najchętniej uderzyłabym się teraz w twarz. Zapomniałam. - Nie tłumacz się. - zaśmiała się. Poszłam za nią do kuchni. Przy stole siedział Max. Posłałam mu ciepły uśmiech po czym usiadłam obok niego. Wzięłam jego kubek kakao. Napiłam się gorącej cieczy, która rozgrzała moje ciało. Podstawiłam mu jego kubek pod nos.
- Musimy po niego jechać. Jest załamany. Nie wie co robi. Bethany była u niego wczoraj wieczorem. Nie wiadomo co mu powiedziała, ale wyszedł z nią. Nie zwracał w ogóle na nas uwagi. - powiedział Max, biorąc kęs swojego tosta.
- Jak on mógł jej posłuchać? Kto w ogóle wypuszcza ją z tego ośrodka? - Vicky wyrzuciła ręce w powietrze. Oparła się o blat, a ręce założyła na piersi.
- Był pierwszy, który mówił że nie powinniśmy z nią rozmawiać. Nie wiem co się z nim dzieje. Zadzwonie do niego. - oznajmiłam, włączając telefon.
- Dzwoniliśmy. Kilkadziesiąt razy. Odrzuca połączenia. - pokręcił głową mój przyjaciel.
- Idę się przebrać i jedziemy po niego. - powiedziałam i wyszłam z kuchni.
*Victoria's PO.V*
- Gdzie po niego pojedziemy? Może być wszędzie. Dosłownie. - powiedziałam. Max wzruszył ramionami.
- Najpierw pojedziemy to tego psychiatryka. To pierwsze miejsce, które przychodzi mi na myśl . - stwierdził chłopak, wstając po czym odłożył brudne naczynia do zmywarki. - Potem pojedziemy do rodziców tej idiotki. -
- Ona jest chora ... - wzruszył ramionami.
- To jej nie tłumaczy z tego że jest idiotką.- zaśmiał się. Poszłam do korytarza. Założyłam białe converse i na wszelki wypadek zawiązałam dżinsową kurtkę na pasie.
- Gotowa. - krzyknęła Georgia, zbiegając ze schodów.
*Geogria's PO.V*
Wsiadłam do samochodu Maxa. Usiadłam na miejscu pasażera.
- Gdzie jedziemy ? - zapytałam zapinając pasy.
- Ten jebany ośrodek. - warknął chłopak. Odwróciłam się do tyłu i spojrzałam na Vicky. Podniosła ręce w górę w geście poddania się. Wzruszyłam ramionami i skierowałam mój wzrok na widok za oknem samochodu. Telefon w kieszeni moich spodni zawibrował. Wyjęłam go. Odblokowałam. Nowa wiadomość.
" Dzisiaj będzie niebezpiecznie. Nie wychodź z domu,
bez względu na wszystko. Harry"
bez względu na wszystko. Harry"
Moje oczy zatrzymały się na ostatni słowie. Harry. Przez moje ciało przebiegły dreszcze. Jestem w niebezpieczeństwie, a to tylko i wyłącznie przez moją ciekawość. Zabiją mnie? Mam dopiero 19 lat, mam przed sobą całe życie, tyle planów.Mój umysł zaczął popadać w panikę. Będę się trzymać Maxa i Victorii.. Wtedy albo mnie oszczędzą albo zabiją nas wszystkich. Boję się. Potarłam dłonią moje ramię. Poczułam dotyk na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się.
- Wszystko w porządku ? - zapytała Vicky. Przytaknęłam ruchem głowy. Powróciłam wzrokiem na przednią szybę, wlepiając wzrok w samochód przed nami. Biały Range Rover. Za kierownicą prawdopodobnie siedział mężczyzna obok kobieta, na tylnych siedzeniach dostrzegłam górne części siedzonek. Szczęśliwa rodzina. Czemu moja taka nie jest? Czemu nigdy taka nie była? Zawsze marzyłam o rodzinnej wycieczce. Razem. Żebyśmy razem opalali nasze skóry na piaszczystej plaży. Śmiali się z błachostek, które nas otaczały. Chciałabym mieć dobry kontakt z ojcem. Z matką. Jedyną osobą, która się ze mną kontaktuje jest moja siostra. Ona jedna. Przynajmniej jedna. Jeszcze babcia od czasu do czasu przyśle kartkę na moje urodziny. To tyle. Niestety.
Samochód zatrzymał się. Max wysiadł z samochodu, zrobiłam to samo. Stanęłam na nogach. Włożyłam dłonie do tylnych kieszeni. Lekko uniosłam ramiona i rozglądnęłam się dookoła. Obskórny budynek, który zaczął porastać zielenią. Zakratowane okna były pokryte białą farbą, który od upływu czasu zaczął odpryskiwać. Wysokie mury od wewnątrz zakryte były zaniedbanym żywopłotem. Spojrzałam w górę. W jednym z okien na drugim piętrze stała dziewczyna patrzyła prosto na mnie. Przechyliła głowę, uśmiechnęła się i pomachała, po czym znikła.
- Wchodzimy. - powiedziałam i ruszyłam przed siebie. Max chwycił mój nadgarstek. Odwróciłam się w jego stronę.
- Jesteś tego pewna? -
- Wszystko w porządku ? - zapytała Vicky. Przytaknęłam ruchem głowy. Powróciłam wzrokiem na przednią szybę, wlepiając wzrok w samochód przed nami. Biały Range Rover. Za kierownicą prawdopodobnie siedział mężczyzna obok kobieta, na tylnych siedzeniach dostrzegłam górne części siedzonek. Szczęśliwa rodzina. Czemu moja taka nie jest? Czemu nigdy taka nie była? Zawsze marzyłam o rodzinnej wycieczce. Razem. Żebyśmy razem opalali nasze skóry na piaszczystej plaży. Śmiali się z błachostek, które nas otaczały. Chciałabym mieć dobry kontakt z ojcem. Z matką. Jedyną osobą, która się ze mną kontaktuje jest moja siostra. Ona jedna. Przynajmniej jedna. Jeszcze babcia od czasu do czasu przyśle kartkę na moje urodziny. To tyle. Niestety.
Samochód zatrzymał się. Max wysiadł z samochodu, zrobiłam to samo. Stanęłam na nogach. Włożyłam dłonie do tylnych kieszeni. Lekko uniosłam ramiona i rozglądnęłam się dookoła. Obskórny budynek, który zaczął porastać zielenią. Zakratowane okna były pokryte białą farbą, który od upływu czasu zaczął odpryskiwać. Wysokie mury od wewnątrz zakryte były zaniedbanym żywopłotem. Spojrzałam w górę. W jednym z okien na drugim piętrze stała dziewczyna patrzyła prosto na mnie. Przechyliła głowę, uśmiechnęła się i pomachała, po czym znikła.
- Wchodzimy. - powiedziałam i ruszyłam przed siebie. Max chwycił mój nadgarstek. Odwróciłam się w jego stronę.
- Jesteś tego pewna? -
piątek, 30 stycznia 2015
Rozdział 1.
Weszłam wraz z Michelle do wnętrza klubu. Różnego koloru światła odbijały się od naszych twarzy. Huczna muzyka wydobywała się z głośników, a ciała młodych ludzi poruszały się w jej rytm. Barman zapełniał szklankę różnego koloru substancjami. Kilka osób siedziało na wysokich stołkach obok baru sącząc drinki.
- Muszę się napić. - szturchnęła mnie Michelle. Dzisiaj to był jej jedyny cel. Udałam się za nią w stronę barmana. Usiadłam na wysokim stołku obok czerwonowłosej. Oparłam łokcie o marmurowy blat. Barman był przystojny i wysoki, ubrany w czarne rurki i koszulkę tego samego koloru z plakietką przypiętą po lewej stronie jego klatki piersiowej. Patrick.
- Muszę się napić. - szturchnęła mnie Michelle. Dzisiaj to był jej jedyny cel. Udałam się za nią w stronę barmana. Usiadłam na wysokim stołku obok czerwonowłosej. Oparłam łokcie o marmurowy blat. Barman był przystojny i wysoki, ubrany w czarne rurki i koszulkę tego samego koloru z plakietką przypiętą po lewej stronie jego klatki piersiowej. Patrick.
- Cointreau, dwa razy. - Michelle wyszczerzyła się do niego. Odwzajemnił jej gest ukazując szereg białych zębów. Po chwili wyciągnął spod blatu dwie szklanki . - Przystojny. Bardzo. - wyszeptała do mnie przyjaciółka. Tylko przytaknęłam skinieniem głowy. Zapełnił szkło i przysunął je do nas. Włożyłam rurkę do ust. Ciecz dotarła do ich wnętrza. Płyn przepłynął przez moje gardło powodując nieprzyjemne pieczenie i gorzki smak na języku. Skrzywiłam się.
- Co Ty pijesz? - zapytałam ją. Peter zaśmiał się pod nosem przecierając szklankę. - Powiedziałam coś zabawnego? - zwróciłam się do niego. Dzisiaj wszystko mnie irytuje. Niepotrzebnie tutaj przyszłam.
- Nie, nie. - podniósł dłonie w geście poddania się. Przewróciłam oczami.
- Mogłabyś być trochę milsza. - Michelle zwróciła mi uwagę.
- Idę to toalety. - nie zareagowałam na jej słowa. Wstałam. Podążałam do pierwszych lepszych drzwi. Przez chwilę krążyłam, aż w końcu znalazłam drzwi z tabliczką , a na niej narysowaną dziewczynkę. Popchnęłam drzwi. Wnętrze wypełniały białe kafelki, które były zabrudzone. Pomieszczenie było zaniedbane i w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Gdzie ona mnie przyprowadziła? Podeszłam do lustra. Poprawiłam włosy i pokryłam usta szminką. Wyszłam z tego obrzydliwego miejsca. Kiedy byłam na zewnątrz spojrzałam w stronę baru. Michelle nie było na jej poprzednim miejscu. Zapewne tańczy z jakimś zalanym facetem. Powróciłam na moje poprzednie miejsce.
- Hej - zakrzyczałam. Machnęłam ręką na Petera. Podszedł do mnie. - Sok pomarańczowy. - wymusiłam uśmiech. Pokiwał głową i zniknął za drzwiami, które nie wiem gdzie prowadziły. Odwróciłam się w prawą stronę. Kilka miejsc dalej siedział chłopak. Jego zielone tęczówki były we mnie wlepione. Jego dłuższe, lekko kręcone włosy były niedbale ułożone. Ubrany był w czarne , opięte rurki i koszule, która była odpięta do pewnego miejsca, ukazując jego nagi tors. Odwróciłam wzrok speszona. Patrick stał tuż przede mną.
- Proszę. - podał mi szklankę soku. Cały czas się uśmiechał. - Potrzebujesz czegoś jeszcze? -
- Nie. - odpowiedziałam. Chłopak odwrócił się na pięcie. - Tak. - zatrzymałam go, ponownie podszedł do mnie. - Widziałeś gdzieś Michelle? - zmarszczył brwi. No tak, przecież on nie zna jej imienia. - Moja przyjaciółka, wcześniej siedziałyśmy razem. - oznajmiłam.
- Nie mam pojęcia. Nawet nie zauważyłem kiedy odeszła. - wzruszył ramionami. Pokiwałam głową. Barman podszedł do blondynki, która ledwo trzymała sie na nogach. Gdyby nie mężczyzna z tyłu, na pewno nie utrzymałaby równowagi. Swoją drogą... to i tak był dla niej za stary. Znowu poczułam czyiś wzrok na mnie. Był to ten sam tajemniczy chłopak. Odwróciłam sie do niego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po prostu gapił sie na mnie. Zaczęło mnie to irytować. Po chwili wstał, włożył ręce do kieszeni i zaczął się wycofywać. Wstałam. Przeciskałam sie przez tłum żeby zobaczyć gdzie ten chłopak podąża. Dlaczego mnie to interesuje? Nie wiem. Ale był za bardzo tajemniczy. Wyszłam na dwór. Było ciemno i zimno. Sylwetka chłopaka poruszała się ciemną uliczką. Ruszyłam za nim. W ogóle się nie odwracał. Szłam tak za nim dobre 15 minut. W pewnym momencie gwałtownie skręcił w prawo. Za rogiem stał czarny van, dwóch chłopaków i ten z klubu, który do nich dołączył. Stali plecami do mnie. Krzyczeli na kogoś, ale nie wiedziałam na kogo. Po chwili rzucili młodego chłopaka na maskę samochodu. Wtedy dostrzegłam jego twarz. Nie znałam tego chłopaka. Był młody, starszy ode mnie ale młody.
- Czekam na twoje pieniądze. - warknął jeden z nich.
- N-nie mam ich. Daj mi jeszcze tydzień, błagam. - wyjęczał chłopak.
-Miałeś już wystarczająco dużo czasu. - zaśmiał się. Zielonooki oparł sie o ścianę budynku i odpalił papierosa. Chłopak, który dociskał ciało chłopaka do samochodu cofnął się. Zaatakowany pokręcił głową. - Wiesz co Cię czeka. - z boku spodni wyjął pistolet. Przeładował i nakierował nim na ciało chłopaka.
- Błagam ... Tylko tydzie .. - nie dokończył. Huk odbił się od ścian kamienic. Ciało chłopaka osunęło się na ziemię. Pisnęłam. Co ja zrobiłam? Głowy trzech młodych mężczyzn zwróciło się w moją stronę.
- Harry, zajmij się nią. - oznajmił jeden z nich. Chłopak, który wcześniej palił papierosa rzucił go na ziemię i przydeptał. Ruszył w moją stronę. Dwaj z nich zabrali ciało zamordowanego i bezczelnie wrzucili do bagażnika. Harry był już blisko mnie. Zaczęłam uciekać. Hałas, który był spowodowany tupotu moich stóp, wywoływał głośne echo. Chłopak zaczął biec. Błagam żeby mnie nie dogonił .... Poczułam szarpnięcie za nadgarstek. Harry pociągnął mnie za sobą.
- Puść mnie! - krzyknęłam. Wyrywając sie z jego ucisku. Na marne..
- Ucisz się albo ja to zrobię. - warknął. Bałam sie. Co on ma zamiar zrobić? Czemu jestem taka ciekawska i musiałam za nim iść?! Jestem nie normalna.
Dotarliśmy do poprzedniego miejsca zbrodni. Czarny van odjechał. Minęliśmy to miejsce. Kilka metrów dalej skręciliśmy w lewo. W kącie stał czarny Range Rover z przyciemnianymi szybami. Harry otworzył drzwi. Wepchnął mnie na miejsce pasażera i zatrzasnął drzwi. Po chwili wsiadł na miejsce kierowcy. Zablokował wszystkie drzwi.
- Błagam wypuść mnie. Nic nikomu nie powiem tylko mnie wypuść. - zaczęłam szlochać. Michelle. Co z nią? Pewnie się o mnie martwi. No tak, przecież mam telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni.
- Nie radzę. Powiedz mi co widziałaś. - zabrał mi telefon. co!?
- Nic, naprawdę. Przysięgam. - odpowiedziałam nie patrząc na niego i co chwile ocierając łzy.
- Kłamiesz. Zapytam jeszcze raz. Co widziałaś? - patrzył tępo w przednią szybę.
- Nic. -
- Co widziałaś?! - chwycił mnie za nadgarstek. Ten uścisk był o wiele mocniejszy niż wcześniejszy.
- Wyszłam za Tobą z klubu. Szłam za Tobą i stałam tam. - odpowiedziałam zaciskając szczękę z bólu. Uwolnił moją dłoń. Potarłam zaczerwienione miejsce. - Skończe tak ja on ? - zapytałam drżącym głosem. Zaśmiał się.
- Nie. Ale nie wiesz w co się wpakowałaś. - odpowiedział. Co miał na myśli ? Czy on do cholery musi być taki tajemniczy? - Nie potrzebnie tam przyszłaś. - wysyczał. Przeczesałam moje włosy dłonią. Denerwuje się.
- O co chodzi? Mam się bać? Kogo? Ciebie? Was? - milion pytań przepływało przez mój umysł ale nie zdobyłam się żeby mu je zadać.
- Nie tylko nas. Nie mogę Ci więcej powiedzieć. - odpalił silnik. Gdzie on chce mnie zabrać?
- Gdzie jedziemy ? Wypuść mnie. - zaczęłam szarpać za klamkę samochodu. Na nic. Zablokowane. Nie odpowiedział na moje pytanie. Wycofał. Po kilku minutach znaleźliśmy się na głównej ulicy. Jechaliśmy średnią prędkością. Skręciliśmy kilka razy, i raz stanęliśmy na światłach. Po około 30 minutach znaleźliśmy się pod ogromnym domem z wielkim ogrodem i dwoma, drogimi samochodami stojącymi na podjeździe. Odpiął pas. Wysiadł z samochodu. Nie poruszyłam się.
- Wysiądziesz czy mam Ci pomóc? - zapytał za nim zamknął drzwi samochodu. Szarpnęłam za klamkę i wyszłam z pojazdu. Harry podążał w kierunku frontowych drzwi, a ja za nim. Włożył kluczyk do zamka i przekręcił go kilka razy. Popchnął drzwi. Wewnątrz było ciemno i zimno. To jest jego dom ? Mieszka sam w takiej posiadłości? Potarłam dłonie żeby się rozgrzać. Weszłam głębiej. W ciemnościach dostrzegłam sylwetkę Harrego która stała przede mną.
- Oddasz mi mój telefon? Napisz tylko do przyjaciółki że dzisiaj nie wrócę, nie byłam sama na tej imprezie. - wytłumaczyłam.
- Wiem że nie byłaś sama. I nie, nie możesz napisać. Jutro odstawię Cie do domu. Tylko przeczekasz tutaj noc. - powiedział. Słucham? Od kiedy ktoś decyduje za mnie? I dlaczego mam takie odważne myśli, a nie potrafię mu nic powiedzieć?
- Wolałabym jechać do domu. - oznajmiłam. Harry westchnął.
- Jeśli stąd wyjdziesz to raczej nie dotrzesz do domu. - uśmiechnął się i zaczął piąć się schodami w górę, zaczęłam iść za nim.
- Co masz na myśli ? - szłam za nim aż dotarliśmy do jakiegoś pokoju. Był jasny. Znajdowało się w nim duże łóżko, szafa, drzwi na balkon, wielki obraz na ścianie, półki z ksiązkami i inne.
- Miałem się Tobą "zająć" - zaznaczył cudzysłów powietrzu. Usiadłam na rogu łózka nie pewna co robić. Harry stał na środku pokoju wpajając swoje zielone tęczówki w moją twarz. Zmarszczyłam brwi. - Tak, miałem się z Tobą pieprzyć. - oznajmił. Jak on wypowiedział te słowa tak neutralnie? Co miał robić? Stop. Co on ma zamiar zrobić? - No nie patrz tak. Nic ci nie zrobię. - zaśmiał się. - Chociaż nie pogardziłbym. -
- Zawieź mnie do domu. Teraz. - wstałam. Nie mogę tu dłużej zostać. Musze jechać. Teraz.
- I tak nie dojechałabyś to tego domu. Wybieraj albo zostajesz albo .... -
- Nie kończ. - przerwałam mu opadając na łóżko. Harry podszedł do szafy. Rozsunął ją i spojrzał na mnie. - Co? - zapytałam.
- Raczej nie będziesz spać w sukience. - zaśmiał się. Wyjął z szafy białą koszulkę i czarne bokserki. - Żartujesz? - spojrzałam na niego, kiedy stanął przede mną z wyciągniętymi dłońmi, na których trzymał ciuchy. Pokiwał przecząco głową. - Nie będę chodzić w Twoich bokserkach. Nie. - zaprzeczyłam.
- Ależ będziesz. - rzucił mi ciuchy na kolana. Położył się na łóżku obok mnie.
- To chociaż stąd wyjdź. - zasugerowałam. Ponownie zaprzeczył ruchem głowy. Przewróciłam oczami. Ze względu na to że jestem zmęczona przebiorę się przy nim. Ale to tylko dlatego że jestem zmęczona. - Odwróć się. - przewrócił sie na brzuch twarzą do ściany. Rozsunęłam sukienke i pozwoliłam jej opaść.
- Mogę Ci dać spodnie. - odwrócił się z uśmieszkiem.
- Harry! - zbeształam go wzrokiem zakrywając moje ciało ciuchami. Tylko się zaśmiał i ponownie się odwrócił. Przełożyłam koszulkę przez głowę i założyłam bokserki, które były za duże z przodu. Koszulka sięgała mi połowy ud, więc nie było to bardzo widoczne. - Już. - chłopak usiadł.
- Jeśli potrzebowałabyś łazienki to jest po drugiej stronie korytarza. - powiedział podnosząc się z łóżka. Spojrzał na mnie i wyszedł z pokoju zamykając drzwi. Poczłapałam do łóżka. Wsunęłam się pod kołdrę. W pokoju było okropnie zimno. Naciągnęłam materiał na całe moje ciało ale nawet to nie dało mi ciepła. Po kilkunastu minutach zdecydowałam iść po Harrego. Żeby podkręcił ogrzewanie. Wstałam z wielkiego łóżka. Wyszłam z pokoju. Znalazłam sie na korytarzu. Dostrzegłam w ciemności drzwi. Podeszłam do nich i uchyliłam drzwi. W szarości, która wypełniała pokój sylwetka chłopaka leżała na łóżku. Stanęłam nad nim.
- Harry - wyszeptałam. Żadnej reakcji oprócz cichego mruknięcia pod nosem. Potrząsnęłam jego ciałem. - Harry, potrzebuje pomocy. - krzyknęłam.
- Georgia, nie krzycz. - otworzył ospale oczy i spojrzał na mnie. - O co chodzi? - mruknął przecierając oczy.
- Zimno mi. No w sensie w pokoju jest zimno. - oznajmiłam. Harry westchnął po czym wstał . Podążył do mojego pokoju. Podszedł do grzejnika i przekręcił gałkę.
- Za chwile powinno zrobić się ciepło. - powiedział.
Stop. Skąd on zna moje imię? Nie przypominam sobie żebym mu się przedstawiała.
- Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytałam.
- Wiem więcej niż myślisz. - uśmiechnął się i wyszedł.
Położyłam sie do łóżka. Po kilku minutach usnęłam.
- Co Ty pijesz? - zapytałam ją. Peter zaśmiał się pod nosem przecierając szklankę. - Powiedziałam coś zabawnego? - zwróciłam się do niego. Dzisiaj wszystko mnie irytuje. Niepotrzebnie tutaj przyszłam.
- Nie, nie. - podniósł dłonie w geście poddania się. Przewróciłam oczami.
- Mogłabyś być trochę milsza. - Michelle zwróciła mi uwagę.
- Idę to toalety. - nie zareagowałam na jej słowa. Wstałam. Podążałam do pierwszych lepszych drzwi. Przez chwilę krążyłam, aż w końcu znalazłam drzwi z tabliczką , a na niej narysowaną dziewczynkę. Popchnęłam drzwi. Wnętrze wypełniały białe kafelki, które były zabrudzone. Pomieszczenie było zaniedbane i w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach. Gdzie ona mnie przyprowadziła? Podeszłam do lustra. Poprawiłam włosy i pokryłam usta szminką. Wyszłam z tego obrzydliwego miejsca. Kiedy byłam na zewnątrz spojrzałam w stronę baru. Michelle nie było na jej poprzednim miejscu. Zapewne tańczy z jakimś zalanym facetem. Powróciłam na moje poprzednie miejsce.
- Hej - zakrzyczałam. Machnęłam ręką na Petera. Podszedł do mnie. - Sok pomarańczowy. - wymusiłam uśmiech. Pokiwał głową i zniknął za drzwiami, które nie wiem gdzie prowadziły. Odwróciłam się w prawą stronę. Kilka miejsc dalej siedział chłopak. Jego zielone tęczówki były we mnie wlepione. Jego dłuższe, lekko kręcone włosy były niedbale ułożone. Ubrany był w czarne , opięte rurki i koszule, która była odpięta do pewnego miejsca, ukazując jego nagi tors. Odwróciłam wzrok speszona. Patrick stał tuż przede mną.
- Proszę. - podał mi szklankę soku. Cały czas się uśmiechał. - Potrzebujesz czegoś jeszcze? -
- Nie. - odpowiedziałam. Chłopak odwrócił się na pięcie. - Tak. - zatrzymałam go, ponownie podszedł do mnie. - Widziałeś gdzieś Michelle? - zmarszczył brwi. No tak, przecież on nie zna jej imienia. - Moja przyjaciółka, wcześniej siedziałyśmy razem. - oznajmiłam.
- Nie mam pojęcia. Nawet nie zauważyłem kiedy odeszła. - wzruszył ramionami. Pokiwałam głową. Barman podszedł do blondynki, która ledwo trzymała sie na nogach. Gdyby nie mężczyzna z tyłu, na pewno nie utrzymałaby równowagi. Swoją drogą... to i tak był dla niej za stary. Znowu poczułam czyiś wzrok na mnie. Był to ten sam tajemniczy chłopak. Odwróciłam sie do niego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po prostu gapił sie na mnie. Zaczęło mnie to irytować. Po chwili wstał, włożył ręce do kieszeni i zaczął się wycofywać. Wstałam. Przeciskałam sie przez tłum żeby zobaczyć gdzie ten chłopak podąża. Dlaczego mnie to interesuje? Nie wiem. Ale był za bardzo tajemniczy. Wyszłam na dwór. Było ciemno i zimno. Sylwetka chłopaka poruszała się ciemną uliczką. Ruszyłam za nim. W ogóle się nie odwracał. Szłam tak za nim dobre 15 minut. W pewnym momencie gwałtownie skręcił w prawo. Za rogiem stał czarny van, dwóch chłopaków i ten z klubu, który do nich dołączył. Stali plecami do mnie. Krzyczeli na kogoś, ale nie wiedziałam na kogo. Po chwili rzucili młodego chłopaka na maskę samochodu. Wtedy dostrzegłam jego twarz. Nie znałam tego chłopaka. Był młody, starszy ode mnie ale młody.
- Czekam na twoje pieniądze. - warknął jeden z nich.
- N-nie mam ich. Daj mi jeszcze tydzień, błagam. - wyjęczał chłopak.
-Miałeś już wystarczająco dużo czasu. - zaśmiał się. Zielonooki oparł sie o ścianę budynku i odpalił papierosa. Chłopak, który dociskał ciało chłopaka do samochodu cofnął się. Zaatakowany pokręcił głową. - Wiesz co Cię czeka. - z boku spodni wyjął pistolet. Przeładował i nakierował nim na ciało chłopaka.
- Błagam ... Tylko tydzie .. - nie dokończył. Huk odbił się od ścian kamienic. Ciało chłopaka osunęło się na ziemię. Pisnęłam. Co ja zrobiłam? Głowy trzech młodych mężczyzn zwróciło się w moją stronę.
- Harry, zajmij się nią. - oznajmił jeden z nich. Chłopak, który wcześniej palił papierosa rzucił go na ziemię i przydeptał. Ruszył w moją stronę. Dwaj z nich zabrali ciało zamordowanego i bezczelnie wrzucili do bagażnika. Harry był już blisko mnie. Zaczęłam uciekać. Hałas, który był spowodowany tupotu moich stóp, wywoływał głośne echo. Chłopak zaczął biec. Błagam żeby mnie nie dogonił .... Poczułam szarpnięcie za nadgarstek. Harry pociągnął mnie za sobą.
- Puść mnie! - krzyknęłam. Wyrywając sie z jego ucisku. Na marne..
- Ucisz się albo ja to zrobię. - warknął. Bałam sie. Co on ma zamiar zrobić? Czemu jestem taka ciekawska i musiałam za nim iść?! Jestem nie normalna.
Dotarliśmy do poprzedniego miejsca zbrodni. Czarny van odjechał. Minęliśmy to miejsce. Kilka metrów dalej skręciliśmy w lewo. W kącie stał czarny Range Rover z przyciemnianymi szybami. Harry otworzył drzwi. Wepchnął mnie na miejsce pasażera i zatrzasnął drzwi. Po chwili wsiadł na miejsce kierowcy. Zablokował wszystkie drzwi.
- Błagam wypuść mnie. Nic nikomu nie powiem tylko mnie wypuść. - zaczęłam szlochać. Michelle. Co z nią? Pewnie się o mnie martwi. No tak, przecież mam telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni.
- Nie radzę. Powiedz mi co widziałaś. - zabrał mi telefon. co!?
- Nic, naprawdę. Przysięgam. - odpowiedziałam nie patrząc na niego i co chwile ocierając łzy.
- Kłamiesz. Zapytam jeszcze raz. Co widziałaś? - patrzył tępo w przednią szybę.
- Nic. -
- Co widziałaś?! - chwycił mnie za nadgarstek. Ten uścisk był o wiele mocniejszy niż wcześniejszy.
- Wyszłam za Tobą z klubu. Szłam za Tobą i stałam tam. - odpowiedziałam zaciskając szczękę z bólu. Uwolnił moją dłoń. Potarłam zaczerwienione miejsce. - Skończe tak ja on ? - zapytałam drżącym głosem. Zaśmiał się.
- Nie. Ale nie wiesz w co się wpakowałaś. - odpowiedział. Co miał na myśli ? Czy on do cholery musi być taki tajemniczy? - Nie potrzebnie tam przyszłaś. - wysyczał. Przeczesałam moje włosy dłonią. Denerwuje się.
- O co chodzi? Mam się bać? Kogo? Ciebie? Was? - milion pytań przepływało przez mój umysł ale nie zdobyłam się żeby mu je zadać.
- Nie tylko nas. Nie mogę Ci więcej powiedzieć. - odpalił silnik. Gdzie on chce mnie zabrać?
- Gdzie jedziemy ? Wypuść mnie. - zaczęłam szarpać za klamkę samochodu. Na nic. Zablokowane. Nie odpowiedział na moje pytanie. Wycofał. Po kilku minutach znaleźliśmy się na głównej ulicy. Jechaliśmy średnią prędkością. Skręciliśmy kilka razy, i raz stanęliśmy na światłach. Po około 30 minutach znaleźliśmy się pod ogromnym domem z wielkim ogrodem i dwoma, drogimi samochodami stojącymi na podjeździe. Odpiął pas. Wysiadł z samochodu. Nie poruszyłam się.
- Wysiądziesz czy mam Ci pomóc? - zapytał za nim zamknął drzwi samochodu. Szarpnęłam za klamkę i wyszłam z pojazdu. Harry podążał w kierunku frontowych drzwi, a ja za nim. Włożył kluczyk do zamka i przekręcił go kilka razy. Popchnął drzwi. Wewnątrz było ciemno i zimno. To jest jego dom ? Mieszka sam w takiej posiadłości? Potarłam dłonie żeby się rozgrzać. Weszłam głębiej. W ciemnościach dostrzegłam sylwetkę Harrego która stała przede mną.
- Oddasz mi mój telefon? Napisz tylko do przyjaciółki że dzisiaj nie wrócę, nie byłam sama na tej imprezie. - wytłumaczyłam.
- Wiem że nie byłaś sama. I nie, nie możesz napisać. Jutro odstawię Cie do domu. Tylko przeczekasz tutaj noc. - powiedział. Słucham? Od kiedy ktoś decyduje za mnie? I dlaczego mam takie odważne myśli, a nie potrafię mu nic powiedzieć?
- Wolałabym jechać do domu. - oznajmiłam. Harry westchnął.
- Jeśli stąd wyjdziesz to raczej nie dotrzesz do domu. - uśmiechnął się i zaczął piąć się schodami w górę, zaczęłam iść za nim.
- Co masz na myśli ? - szłam za nim aż dotarliśmy do jakiegoś pokoju. Był jasny. Znajdowało się w nim duże łóżko, szafa, drzwi na balkon, wielki obraz na ścianie, półki z ksiązkami i inne.
- Miałem się Tobą "zająć" - zaznaczył cudzysłów powietrzu. Usiadłam na rogu łózka nie pewna co robić. Harry stał na środku pokoju wpajając swoje zielone tęczówki w moją twarz. Zmarszczyłam brwi. - Tak, miałem się z Tobą pieprzyć. - oznajmił. Jak on wypowiedział te słowa tak neutralnie? Co miał robić? Stop. Co on ma zamiar zrobić? - No nie patrz tak. Nic ci nie zrobię. - zaśmiał się. - Chociaż nie pogardziłbym. -
- Zawieź mnie do domu. Teraz. - wstałam. Nie mogę tu dłużej zostać. Musze jechać. Teraz.
- I tak nie dojechałabyś to tego domu. Wybieraj albo zostajesz albo .... -
- Nie kończ. - przerwałam mu opadając na łóżko. Harry podszedł do szafy. Rozsunął ją i spojrzał na mnie. - Co? - zapytałam.
- Raczej nie będziesz spać w sukience. - zaśmiał się. Wyjął z szafy białą koszulkę i czarne bokserki. - Żartujesz? - spojrzałam na niego, kiedy stanął przede mną z wyciągniętymi dłońmi, na których trzymał ciuchy. Pokiwał przecząco głową. - Nie będę chodzić w Twoich bokserkach. Nie. - zaprzeczyłam.
- Ależ będziesz. - rzucił mi ciuchy na kolana. Położył się na łóżku obok mnie.
- To chociaż stąd wyjdź. - zasugerowałam. Ponownie zaprzeczył ruchem głowy. Przewróciłam oczami. Ze względu na to że jestem zmęczona przebiorę się przy nim. Ale to tylko dlatego że jestem zmęczona. - Odwróć się. - przewrócił sie na brzuch twarzą do ściany. Rozsunęłam sukienke i pozwoliłam jej opaść.
- Mogę Ci dać spodnie. - odwrócił się z uśmieszkiem.
- Harry! - zbeształam go wzrokiem zakrywając moje ciało ciuchami. Tylko się zaśmiał i ponownie się odwrócił. Przełożyłam koszulkę przez głowę i założyłam bokserki, które były za duże z przodu. Koszulka sięgała mi połowy ud, więc nie było to bardzo widoczne. - Już. - chłopak usiadł.
- Jeśli potrzebowałabyś łazienki to jest po drugiej stronie korytarza. - powiedział podnosząc się z łóżka. Spojrzał na mnie i wyszedł z pokoju zamykając drzwi. Poczłapałam do łóżka. Wsunęłam się pod kołdrę. W pokoju było okropnie zimno. Naciągnęłam materiał na całe moje ciało ale nawet to nie dało mi ciepła. Po kilkunastu minutach zdecydowałam iść po Harrego. Żeby podkręcił ogrzewanie. Wstałam z wielkiego łóżka. Wyszłam z pokoju. Znalazłam sie na korytarzu. Dostrzegłam w ciemności drzwi. Podeszłam do nich i uchyliłam drzwi. W szarości, która wypełniała pokój sylwetka chłopaka leżała na łóżku. Stanęłam nad nim.
- Harry - wyszeptałam. Żadnej reakcji oprócz cichego mruknięcia pod nosem. Potrząsnęłam jego ciałem. - Harry, potrzebuje pomocy. - krzyknęłam.
- Georgia, nie krzycz. - otworzył ospale oczy i spojrzał na mnie. - O co chodzi? - mruknął przecierając oczy.
- Zimno mi. No w sensie w pokoju jest zimno. - oznajmiłam. Harry westchnął po czym wstał . Podążył do mojego pokoju. Podszedł do grzejnika i przekręcił gałkę.
- Za chwile powinno zrobić się ciepło. - powiedział.
Stop. Skąd on zna moje imię? Nie przypominam sobie żebym mu się przedstawiała.
- Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytałam.
- Wiem więcej niż myślisz. - uśmiechnął się i wyszedł.
Położyłam sie do łóżka. Po kilku minutach usnęłam.
***
ASK BLOGA
- Nie! - usłyszałam krzycz z sąsiedniego pokoju. Zerwałam się z łóżka.
_________________________________________________________________________________
Pierwszy jest. :*
Komentarze mile widziane. :D 3 komentarze i lecimy z kolejnym rozdziałem. :*
_________________________________________________________________________________
Pierwszy jest. :*
Komentarze mile widziane. :D 3 komentarze i lecimy z kolejnym rozdziałem. :*
Subskrybuj:
Posty (Atom)
